Niecałe dwa tygodnie temu pisaliśmy o baloniku napompowanym do granic możliwości. W Arłamowie trwało oblężenie reprezentantów przez licznych, jak najazd turecki, kibiców. Wydawało się, że jedziemy na turniej we Francji po mistrzostwo Europy. Staraliśmy się tonować nastroje w zalewie wszechobecnej w mediach histerii. Okazało się, że najlepiej uczynili to sami piłkarze, przegrywając z Holandią i remisując z Litwą. Jak to w naszym kraju bywa, sytuacja zmieniła się o 180 stopni i defetyzm ogarnął zwarte dotychczas szeregi kibiców. Z faworyta grupy nagle staliśmy się chłopcem do bicia, a na ulicach, w pubach, autobusach i domach Polaków pojawiło się tradycyjne: „będzie jak zawsze, ja wam mówię…”.
Czyż nie lepiej i zdrowiej, zamiast malować dzisiejszy stan umysłów i ludzi, dzisiejszą ich nędzę, sprzeczność z samymi sobą, bezsilność i szamotanie się – pokazać swemu społeczeństwu, że były chwile jeszcze gorsze, straszniejsze i bardziej rozpaczliwe i że pomimo tego ratunek i odrodzenie przyszło. Tamto może do reszty zniechęcić i zrozpaczyć – to sił dodaje, nadzieję wlewa, ochotę do życia zagrzewa.
Na turniej w 1974 roku jechaliśmy wprawdzie w euforii wywołanej wyeliminowaniem Anglików i jako złoty medalista igrzysk olimpijskich. Ci, co zachowywali chłodne głowy, ostrzegali jednak, że mistrzostwa świata to zupełnie inny poziom turnieju, a „zwycięski remis” na Wembley był niesprawiedliwym wynikiem. Jechaliśmy jednak z podniesioną głową. Staliśmy się sensacją turnieju i do dziś możemy się zastanawiać, co by było, gdyby tak nie padało we Frankfurcie.

Jakże podobna sytuacja do tej, z którą mamy do czynienia dziś. Najpierw euforia po pokonaniu Niemców, po awansie na Euro 2016, a później czarnowidztwo tylko dlatego, że nie pokazujemy przed turniejem swojej siły.
Polska siła rzadko miała swoje źródło w realnej przewadze. Znani jesteśmy ze swego hartu ducha i mocy, którą prezentujemy w najtrudniejszych chwilach. Jesteśmy jak piasek, co w słoneczne dni przesypuje się przez palce, a gdy zaczyna się burza, zbijamy się w twardą jak pięść bryłę.

Na mundial w Hiszpanii w 1982 roku jechaliśmy pełni nadziei, ale także niepewni formy reprezentacji. Ze względu na trwający stan wojenny „Biało-czerwoni” nie mieli okazji sprawdzić swojej formy przed turniejem. Pierwsze dwa mecze potwierdziły obawy pesymistów. Bezbramkowy remis z Włochami nie był tragedią, jednak już ten z Kamerunem wywołał falę krytyki. Odbiliśmy się od dna w meczu z Peru i potwierdziwszy w kolejnych spotkaniach formę, po raz drugi w historii stanęliśmy na najniższym stopniu podium.











