Niespodzianki. Bez nich piłka nożna byłaby niesamowicie nudna, a sam Puchar Narodów Afryki straciłby swój koloryt. Za nami faza grupowa tych rozgrywek i jak zwykle nie brakowało w niej zaskakujących wyników. Poza turniejem jest już przecież zeszłoroczny zwycięzca!
To właśnie postawa Zambijczyków jest największym rozczarowaniem. Przed turniejem „Miedziane Pociski” stawiane były rzecz jasna w gronie faworytów całej imprezy. Herve Renard miał w tym roku drużynę jeszcze mocniejszą, jeszcze bardziej poukładaną, ale tym razem zabrakło elementu zaskoczenia. Dwanaście miesięcy temu Zambia oczarowała cały afrykański kontynent, bo nikt tak na dobrą sprawę nie wiedział, czego po tej ekipie się spodziewać. Teraz rywale doskonale wiedzieli, z kim przychodzi im rywalizować. Sami Zambijczycy też na pewno zdawali sobie z tego sprawę, jednak żegnają się z turniejem przede wszystkim z powodu słabej gry. Obrońcy tytułu grali bardzo niefrasobliwie, momentami dawali tłamsić się swoim rywalom i nie mieli chyba zbytniej ochoty, żeby narzucać swój styl gry. Trzy remisy mówią same za siebie. To dość osobliwa sytuacja, bo przecież do walki o obronę tytułu stanęli praktycznie ci sami zawodnicy co w poprzedniej edycji tego turnieju. Kadra była wręcz zdecydowanie mocniejsza – nie przyniosło to jednak efektu. Wydaje się, że już po pierwszym spotkaniu sami zambijscy piłkarze przeczuwali, że święci się coś niedobrego. Nie umniejszamy rzecz jasna niczego reprezentacji Etiopii, jednak to właśnie ta drużyna mogła, a nawet powinna wyjść z tego starcia zwycięsko.

Co poszło nie tak? Sam Renard przyznawał, że jego podopieczni są perfekcyjnie przygotowani do turnieju i gotowi do walki o kolejny medal. Zbyt duża pewność siebie? Po trochu na pewno tak, bo momentami „Miedziane Pociski” wyglądały na boisku tak, jakby mecz sam miał się wygrać. Wspomniany element zaskoczenia tym razem działał na korzyść Burkina Faso – zespołu, który miał być teoretycznie chłopcem do bicia. „Ogiery” grały bez kompleksu, podobnie jak Zambia w zeszłym roku. Role się odwróciły, choć jakoś trudno sobie wyobrazić, żeby Alain Traore i spółka mieli powtórzyć wyczyn swojego grupowego rywala. Wykluczyć tego jednak absolutnie nie możemy, bo postawa podopiecznych Paula Puta naprawdę może imponować. Kluczem do sukcesu był niewątpliwie mecz z Etiopią, który pokazał prawdziwą wolę walki tejże ekipy. Strata bramkarza przy skromnym prowadzeniu 1:0 byłaby dla większości zespołów początkiem zmasowanej obrony. Burkińczycy nie zmienili jednak znacząco swojej gry i dołożyli rywalowi jeszcze trzy bramki. Kolejny element zaskoczenia. Paulowi Putowi udało się stworzyć z grupki piłkarzy, którzy chcieli zdobywać piłkarskie szczyty, prawdziwą drużynę. Drużynę, która już potężnie namieszała, a może namieszać jeszcze bardziej. Wszak wspomniany Alain Traore czy Jonathan Pitroipa nie są zawodnikami anonimowymi.











