Przypadek Polonii Warszawa najlepiej ilustruje kłopoty polskich klubów. Wydaje się, że strategia rozwoju, którą podąża stołeczny klub jest ślepą uliczką i pokazują to nie tylko słabe wyniki. Zresztą przypadek ekipy z Konwiktorskiej to w naszej lidze żaden wyjątek.
Pod Dusanem Radolskym pali się grunt, tak jak wcześniej pod Jackiem Zielińskim, Bogusławem Kaczmarkiem i Jackiem Grembockim. Warszawska Polonia miała powalczyć o europejskie puchary, tymczasem zdaje się, że ten sezon będzie w wykonaniu „Czarnych koszul” dużo słabszy od poprzedniego. Na warszawiaków spada zasłużona fala krytyki z każdej strony – prasa, kibice i futbolowi fachowcy narzekają nie tylko na wyniki, ale i coraz słabszy styl, a w zasadzie na brak stylu, bo poloniści zwyczajnie męczą swoją grą.

PGE GKS Bełchatów obnażył wszystkie braki polonistów aż trzykrotnie pokonując Sebastiana Przyrowskiego. Oczywiście mecz można przegrać, bo taki jest przecież sport. Nie ma na świecie zespołu, który wygrywa zawsze i wszędzie, szczególnie w piłce nożnej na początku XXI wieku, gdy poziom szybko się wyrównuje, a słabeuszy coraz mniej. W naszej lidze zwykło się mówić, że każdy z każdym może wygrać, widać do w ekstraklasie, widać w I lidze.
W niespodziewanych porażkach Polonii może i nie byłoby nic tak bardzo niezwykłego, gdyby nie styl tych porażek, zwłaszcza w perspektywie tego, że ekipa z ulicy Konwiktorskiej miała predysponować o czołowe lokaty w lidze. Trener Radolsky nie ma już chyba pomysłu na grę swojego zespołu, choć fachowiec to wcale niezgorszy, a zdążył to już udowodnić pracując w chorzowskim Ruchu i Grodzisku Wielkopolskim. Problemem Polonii nie jest jednak trener, piłkarze, czy źle sędziujący arbiter. Przede wszystkim musi się ona zmagać ze swym właścicielem. Pan Wojciechowski żonglując szkoleniowcami i dziwacznie traktując swoich zawodników (kto ich zatrudnił?) nie robi dobrego klimatu wokół drużyny, nie robi go także w jej wnętrzu. Ale czy można traktować sponsora poważnie skoro ten straszy kibiców, że przeniesie ich ukochany klub do innego miasta, co miało przecież miejsce w przerwie letniej lub gdy zmienia szkoleniowca po jednym remisie, jak w poprzednim sezonie „Bobo” Kaczmarka?
Casus Wojciechowskiego przypomina żywo wcześniejsze mariaże utytułowanych klubów z prywatnymi inwestorami – nie inaczej było na przykład w Pogonii Szczecin i Łódzkim Klubie Sportowym, gdy tymi rządził Antoni Ptak, nie inaczej było w kilku innych przypadkach. Uzależnione od mamony drużyny klubowe w naszym kraju zdane są od wielu lat na kaprysy dobrodziejów, niejednokrotnie traktujących drużyny, jak zabawki, które gdy się znudzą, mogą być rzucane w kąt. I gdy pytamy o przyczyny słabego poziomu futbolu nad Wisłą to kwestia sposobu prowadzenia zespołów przez pojedynczych ludzi odgrywa tu rolę bardzo ważną, choć niejednokrotnie przez nas samych niezauważalną. Istotne jest bowiem nie tylko to, ile „daje” potencjalny sponsor, ale również w jakiej formie.











