Dwie bramki wystarczyły Francuzom, by na własnym terenie ograć Serbów. Po świetnej grze i trafieniach Ribery’ego oraz Maloudy w pierwszej połowie druga okazała się mniej efektowna i nie przyniosła spodziewanej piłkarskiej jakości.
Już po ogłoszeniu oficjalnego 23-osobowego składu na mistrzostwa Europy przez Laurenta Blanca Francja przystąpiła do drugiego z trzech towarzyskich meczów przed wyjazdem na Ukrainę. Rywalem była pokonana kilka dni wcześniej przez Hiszpanów Serbia, która miała być największym wyzwaniem, nim „Trójkolorowi” zmierzą się z rywalami grupowymi: Anglią, Ukrainą i Szwecją. Z Islandią wygrana przyszła po wielkich męczarniach, cóż mogło się więc zdarzyć ze znacznie silniejszymi Bałkanami?
Jednak na ten pojedynek Blanc bardzo odmienił wyjściowy skład, który miał poprawić francuski wizerunek przed Euro. Choć system gry pozostał ten sam – Blanc hołduje popularnemu we Francji 4-2-3-1 na zmianę z 4-3-3 – to roszad personalnych było aż siedem. Pod młotek poszła przede wszystkim najgorsza z formacji w meczu z Islandią, czyli defensywa. Zamiast czwórki (od lewej) Evra – Mexes – Rami – Debuchy zobaczyliśmy Clichy’ego, Mexesa, Koscielnego i Reveillere’a, a defensywnym pomocnikiem został Yann M’Vila. Również sama gra Francuzów była od pierwszych minut uważniejsza, by znów nie skompromitować swoich szyków obronnych przy kontrach rywali.
Oprócz naturalnej zmiany między słupkami – Mandandę zastąpił pierwszy golkiper Hugo Lloris – to również w ofensywie doszło do dwóch kluczowych roszad. Zamiast Ben Arfy i Meneza obejrzeć można było stare wygi, Francka Ribery’ego i Florenta Maloudę, i to właśnie tych dwóch najbardziej doświadczonych reprezentantów już w pierwszej odsłonie odebrało Serbom nadzieje na wywiezienie korzystnego wyniku z Reims.
Mimo że gospodarze zaczęli nieco nieśmiało, nie chcąc popełniać kardynalnych błędów w defensywie, to jednak nie zapomnieli o agresywnej postawie w przednich formacjach. Zgromadzeni na Stade Auguste-Delaune kibice już w 11. minucie mogli oklaskiwać swoich piłkarzy, którzy wykorzystali swoją pierwszą okazję, a głównym jej bohaterem został nie kto inny jak Ribery. Uwielbiany w Monachium i w całej Francji zawodnik urwał się jednemu z obrońców na lewym skrzydle, wyłożył piłkę na dośrodkowanie do wybiegającego Clichy’ego, a sam wpadł w pole karne. Wiedział, co robi, bo po centrze kolegi z zespołu piłkę zbyt krótko wybił golkiper gości, Żeljko Brkić, i gwiazda „Les Bleus” półwolejem otworzyła wynik.
Pomimo tej niezbyt udanej interwencji Brkić był jedną z wyróżniających się postaci w swojej ekipie. Rozochoceni gospodarze chcieli za wszelką cenę pójść za ciosem i to się udało. Już pięć minut po pierwszym trafieniu cudownym uderzeniem z dystansu popisał się Malouda po tym, jak o piłkę z rywalem powalczył Reveillere. Pomocnik Chelsea nie dał szans golkiperowi przeciwników, trafiając w samo okienko.
To nie był jednak koniec naporów piłkarzy Blanca. Do przerwy wynik się nie zmienił, choć powinien wyglądać znacznie okazalej (wyśmienite okazje mieli Benzema i Malouda). Po tych dwóch ciosach Serbowie właściwie nie istnieli na boisku. Byli wolniejsi, z łatwością tracili piłkę, a w konstruowaniu akcji ofensywnych byli bezmyślni, a może raczej nieprzygotowani na tak dobrze zorganizowaną obronę Francji. Trzeba w tym miejscu wyróżnić dwójkę środkowych obrońców – Mexesa i Koscielnego – która z łatwością kasowała dobrze zapowiadające się kontry rywali z początku meczu.









