Stoper Realu Madryt cierpi na nieuleczalną chorobę. Przypadłość ta jest bardzo dokuczliwa nie tylko dla niego. Cierpi też otoczenie. Lekarze są bezradni, mówią, że nic nie da się zrobić. Ta choroba to bycie sadystycznym idiotą.
Kilka miesięcy temu Pepe i jego agent Jorge Mendes rozpoczęli negocjacje w sprawie nowego kontraktu. Spodziewali się szybkiego załatwienia sprawy, ale natrafili na mur. Działacze Realu nie chcieli prolongaty. Ociągali się z podpisaniem umowy, przekładali spotkania. Prasa spekulowała, że chodzi o boiskowe zachowanie Portugalczyka. Madryt bardzo ceni sobie opinię dostojnego, szacownego i grającego uczciwie klubu, instytucji mającej być wzorem nie tylko na niwie sportowej, ale też moralnej. A Pepe to przecież człowiek, który wzorem może być co najwyżej dla rzeźnika z kompleksem boga. Ostatecznie kontrakt podpisano po osobistej interwencji Mourinho i zapewnieniach, że bez łysego stopera Real nie ma szans na walkę o cokolwiek. Dyrektorzy się zgodzili bardzo niechętnie. Już incydent ze skopaniem Javiego Casquero dał im do myślenia. Mało brakowało, a Portugalczyk już wtedy wyleciałbym z kadry.

No ale został, grał bardzo dobrze, momentami nawet genialnie. Był pewnym punktem drużyny, był ostoją, murem nie do przebicia. Mecze, w których dziarskim krokiem ruszał do szamoczących się kolegów i – zamiast rzucić się w wir walki – z uśmiechem ich rozdzielał, sprawiały, że wracała wiara w to, że może jednak, może jest chociaż malutka szansa na to, że on się zmienia. Może dorósł, uspokoił się i już jest w stanie nad sobą panować?
Wczorajszy mecz z Barceloną pokazał, że dla Pepego nie ma już ratunku. Tacy jak on się nie zmieniają. Jeśli człowiek ma w sobie psychopatę, to chociażby nie wiem jak się starał, chociażby nie wiem jak bardzo chciał to ukryć, to zawsze ostatecznie ten psychopata z niego wyjdzie i nadepnie na dłoń rywala, kopnie go, odepchnie, poturbuje… Rdzeń wariata to piętno na całe życie. Zwykłych ludzi w takich chwilach szczelnie opatula się kaftanem i zawozi do specjalnego szpitala. Zarabiających miliony piłkarzy nikt nie zamknie. Oni sobie biegają i zagrażają otoczeniu. Największym problemem jest to, że tu nie chodzi o wzmożoną boiskową agresję, której więcej lub mniej ma w sobie każdy, nawet spokojny jak Budda Andres Iniesta. Tu chodzi o szał, kompletne zaślepienie każące zrobić krzywdę rywalowi. Nie dla dobra drużyny. Drużyna nie ma tu nic do rzeczy, liczy się tylko wyrządzona krzywda. Pepe wczoraj gotował się od pierwszego gwizdka. Widać było, że nie ma zamiaru spędzić na murawie pełnych 90 minut. Jego twarz była twarzą człowieka niewiedzącego do końca, co się dzieje, ale przekonanego, że trzeba coś robić. Jego oczy były oczami człowieka opętanego.
Jakże inaczej wygląda boiskowa agresja Carlesa Puyola. Katalończyk walczy dla drużyny, jeśli powala rywala na ziemię, to robi to, bo musi, nie po to, by zrobić mu krzywdę, nie dla własnej uciechy. Jeśli przeciwnik leży pod jego nogami, on wyciąga rękę i pomaga mu wstać, nie kopie go w żebra. Jeśli ściera się z kimś w walce bark w bark, jeśli ten ktoś upadnie – a zdarza się to przecież wcale często – Carles przy najbliższej okazji rzuca w jego kierunku słowa przeprosin, poklepuje go i obaj zapominają o sprawie. A przecież on nie robi niczego niezwykłego. Tak samo zachowują się Gerard Pique, Sergio Ramos, Ricardo Carvalho… Cholera, nawet Gennaro Gattuso, facet, który otwarcie przyznaje, że jego jedyną piłkarską zaletą jest agresywność, jest człowiekiem. Tak po prostu człowiekiem.











