Kiedy kilka tygodni temu pojawiła się informacja o pierwszym możliwym wzmocnieniu Realu Madryt podczas zimowego okienka transferowego, wielu zacierało ręce w oczekiwaniu kolejnego głośnego transferu. Tymczasem nazwisko, jakie się pojawiło w kuluarach, nikogo nie rzuciło na kolana. Czy słusznie?
Lucas Silva Borges, bo to o nim mowa, urodził się 16 lutego 1993 roku w Bom Jesus de Goias w Brazylii. Jest wychowankiem Cruzeiro, choć początku przygody z tym klubem w żaden sposób nie może pozytywnie zapisać w swojej pamięci. Błyskawicznie, bez dania mu chociażby cienia szansy, został odesłany na wypożyczenie do Nacionalu, ale i tam nie dostał okazji do zaprezentowania swoich umiejętności i przez okres pobytu w tamtym klubie nie doczekał się nawet debiutu.
Złe miłego początki
Z ciężkim sercem postanowił więc wrócić do Belo Horizonte, do swojego macierzystego klubu, mając nadzieję, że mimo nieudanego początku i wypożyczenia, które trzeba było wyrzucić do śmieci, nadejdą dla niego lepsze chwile. Pocieszeniem dla niego był fakt, że liczył sobie wtedy tylko nieco ponad 19 lat, a więc dotychczasowe nie najlepsze decyzje nie miały prawa negatywnie rzutować na jego dalszą karierę.
I rzeczywiście, lepsze czasy nadeszły, bowiem już trzy tygodnie po powrocie do Cruzeiro doczekał się debiutu i 29-minutowego występu. Kolejne tygodnie przyniosły mu prawdziwą huśtawkę nastoju. Zdarzały się mecze takie jak te z Fluminense czy Bahia, gdy grał od pierwszej do ostatniej sekundy pojedynku, ale przeplatał je także takimi, podczas których obserwował poczynania swoich kolegów, a także rywali o miejsce w składzie z perspektywy ławki rezerwowych. Co gorsza, nie brakowało też takich starć, gdy jego nazwiska w ogóle nie było wśród powołanych na dany ligowy pojedynek. Ogólnie jednak swój pierwszy sezon w dorosłej piłce mógł uznać za w miarę udany. Na ten bilans złożyło się bowiem osiem występów, podczas których rozegrał łącznie 506 minut. Co prawda, nie jest to jakiś porywający wynik, ale trzeba pamiętać, że mieliśmy do czynienia z 19-letnim graczem. Być może wszystko potoczyłoby się lepiej, gdyby nie czerwona kartka, którą zobaczył podczas rywalizacji z Sao Paulo. Od tego czasu, a więc od 26. kolejki, ani razu nie pojawił się na placu gry, a tylko trzy razy znalazło się dla niego miejsce wśród zmienników.
Od zera do bohatera
Złej karty długo nie dało się odwrócić. Co prawda, w kolejnych rozgrywkach pojawił się na placu gry już w trzeciej kolejce, ale na następny występ musiał czekać dziesięć kolejnych. Nic więc dziwnego, że w głowie Lucasa Silvy zaczęły się rodzić wątpliwości, czy Cruzeiro to odpowiednie miejsce dla niego na kontynuowanie kariery. Bardzo poważnie rozważał między innymi wypożyczenie do klubu, w którym będzie mógł częściej pojawiać się na placu gry. Na to jednak się ostatecznie nie zdecydował, a kto wie, czy decydujący wpływ na taką, a nie inną deklarację miało nieudane wspomnienie z Nacionalu. I to była jego jedna z najlepszych decyzji, które podjął w swojej karierze. Wszystko dlatego, że w środku sezonu wskoczył do wyjściowej jedenastki i swojego miejsca w składzie nie oddał już do końca rozgrywek.












