W środę wreszcie się doczekaliśmy. W końcu zakończyły się eliminacje mistrzostw świata. Z awansu do RPA cieszą się Słowacy, a w barażach powalczą Słoweńcy. A co można powiedzieć o naszej kadrze? Można powiedzieć wprost: odnieśliśmy sukces.
Leo Beenhakker od dawna nie spisywał się jako selekcjoner reprezentacji Polski. Zamiast skupić się na awansie do pierwszego w historii mundialu organizowanego przez przedstawiciela Czarnego Lądu, bardziej przejmował się ukochanym Feyenoordem Rotterdam. Skutki jego pracy okazały się mizerne zarówno dla „Portowców”, jak i dla „Biało-czerwonych”. Jego chałtura w Holandii źle wpływała na formę naszej reprezentacji. Remis z Irlandią Północną nie zabił jeszcze nadziei na wyjazd do Afryki, sprawiło to dopiero starcie ze Słowenią przegrane w stylu, który można nazwać jedynie kompromitującym (choć niektórzy raczej chyba uznali to za osiągnięcie). Wtedy to spełniło się marzenie większej części szefostwa naszej federacji piłkarskiej. Pozbyto się obcokrajowca i wreszcie można było obsadzić jedno z najważniejszych stanowisk w naszej piłce Polakiem.

Wtedy to prezes zaczął się zastanawiać. Najważniejsze pytanie brzmiało: „Co zrobić, by tej naszej kadrze jeszcze zaszkodzić?” Pryncypał tak myślał, myślał i myślał, aż w końcu wydumał (jakby ktoś nie wiedział, rosyjskie sformułowanie „ja dumaju” znaczy „ja myślę”). Idealnym kandydatem na selekcjonera będzie trener z bezwzględnymi osiągnięciami szkoleniowymi. Dobrze się składało, bo akurat bez zatrudnienia pozostawał kolega Stefan. Do tej funkcji pasował idealnie. Ma w końcu znane nazwisko (przecież nad Wisłą nosi je prawie 50 tysięcy ludzi), które być może zostało skojarzone z gospodarzem słynnego programu emitowanego w telewizji TVN. Ma też w końcu wybitne sukcesy trenerskie. W jego bogatej karierze doliczyłem się aż dwóch Pucharów oraz jednego Superpucharu Polski. Wobec nich kilka mistrzostw kraju Franciszka Smudy wygląda dość mizernie.
Mecze z Czechami i Słowacją zbliżały się wielkimi krokami. Należało więc powołać jakąś kadrę. No cóż, szef płaci, szef wymaga. Trzeba więc spełnić jego oczekiwania. Kogo my mieliśmy w tej kadrze? Jerzy Dudek? Swoje dla naszej piłki zrobił, a jego pozycja w Realu Madryt raczej potwierdza to, że blisko jest zasłużonej emerytury. Jarosław Bieniuk? Mam nadzieję, że zaproszenie na zgrupowanie dostał za coś więcej niż bycie mężem Anny Przybylskiej. Piotr Polczak? Z całym szacunkiem, ale kto to jest? Widać muszę się doedukować. No nic. Kadra została zebrana, więc ruszajmy na podbój Pragi.
Trener bardzo pamiętał, w jakim celu pojechał za naszą południową granicę. Miał przyjechać do Chorzowa w glorii chwały i z korzystnym wynikiem. Tę filozofię starał się wpoić swoim piłkarzom. Nieoczekiwanie mu się to udało. Nasi zagrali wręcz rewelacyjnie. Już dawno nie można było zobaczyć tak ofensywnie i z polotem grających Polaków. Przy ich finezji i sztuczkach technicznych chować by się mógł Lionel Messi, a skuteczności pozazdrościłby im sam Edson Arantes do Nascimento (Pele). Wszystko szło zgodnie z planem. Na początku drugiej połowy można było podziękować Bogu. Tomas Necid wreszcie strzelił nam gola. Co w takiej sytuacji powinien zrobić trener? Umotywować swoich graczy do jeszcze lepszej realizacji swojej myśli szkoleniowej. „Biało-czerwoni” wyglądali tak, jakby prowadził ich Kazimierz Górski. Gol Jaroslava Plasila był tylko i wyłącznie efektem ich wyśmienitej wręcz postawy.











