Powszechnie mówi się, że Euro 2016 to świetna okazja, by odpowiednio się wypromować. Wiecie, turniej oglądany przez miliony kibiców na całym świecie, sympatyzujących z wielkimi gigantami futbolu. To musi działać na wyobraźnię. Każdy znakomity występ to idealna okazja, by znaleźć się na pierwszych stronach gazet jako nazwisko łączone z transferem do klubu X, Y lub Z. Tylko czy aby faktycznie jest w tym wszystkim większa logika? A może wielkie turnieje to po prostu okazja, by mniej kumatym zespołom lub tym narwanym wcisnąć piłkarzy za grube pieniądze. Oczywiście ze skromną pomocą szarych eminencji pokroju np. Jorge Mendesa. Sprawdźmy kilka głośnych nazwisk, które to właśnie dzięki wielkim turniejom znalazły się w orbitach wielkich klubów. Kto z nich faktycznie spełnił oczekiwania?
Milan Baros
Zaczynamy od szczególnego przypadku, bo akurat Baros to zawodnik, który po niezwykle udanym dla siebie turnieju w Portugalii w 2004 roku nie doczekał się wcale wielkiego transferu. Przecież czeski zawodnik wówczas od kilku lat był już piłkarzem Liverpoolu. Niemniej tam radził sobie bardzo przeciętnie, żeby nie powiedzieć słabo. Bo czymże jest dosłownie nieco ponad dziesięć bramek strzelonych przez dwa sezony dla „The Reds”? Tymczasem Baros na Euro był kluczową postacią rewelacyjnej reprezentacji Czech, która dotarła aż do półfinału. Tam jednak poniosła klęskę, przegrywając z Grecją po srebrnym golu. Chociaż cena Barosa znacząco wzrosła, to w klubie postanowiono zatrzymać napastnika. Ten w kolejnych rozgrywkach zdobył dziewięć goli w BPL, dorzucają do tego dwa trafienia w Lidze Mistrzów. Te ostatnie rozgrywki wygrał wraz z Jerzym Dudkiem, ale umówmy się, dużo więcej po nim oczekiwano. W tym kontekście za naprawdę niezły deal należy uznać 17,5 mln, jakie Liverpool otrzymał za zawodnika, sprzedając go do Aston Villi.
Angelos Charisteas
W Grecji postać legendarna. W Europie? Raczej bohater jednego turnieju. Bo co tu dużo mówić, napastnik drużyny, która w Portugalii zaszokowała cały świat, wielkiej kariery nie zrobił. Owszem, trochę pograł w Bundeslidze, pół roku po Euro 2004 przeniósł się za sześć milionów euro do Ajaxu. A potem zaczęła się już jedna wielka tułaczka, w trakcie której zawodnik ten nie mógł nigdzie dłużej zagrzać miejsca. Niemcy, Holandia, Francja, Grecja i wreszcie… Arabia Saudyjska – sporo tego, prawda? Od czasu wspaniałego turnieju Charisteasowi nie udało się spędzić prawie w ani jednym klubie więcej niż dwunastu miesięcy. Wyjątkiem pod tym względem był Nurnberg. To mówi samo za siebie.
Andriej Arszawin
Prawdopodobnie największe odkrycie Euro 2008, podobnie jak zresztą cała reprezentacja Rosji, który dotarła aż do półfinału, po drodze eliminując rozpędzoną Holandię. Arszawin zaś był wtedy jej główną gwiazdą obok Romana Pawluczenki. Turniej w Austrii i Szwajcarii był zresztą świetnym ukoronowaniem znakomitego sezonu zawodnika, który przed wyjazdem z kadrą na turniej świętował m.in. zdobycie z Zenitem Pucharu UEFA. Na transfer pomocnik musiał jednak chwilę poczekać, gdyż dopiero zimą 2009 roku i to w ostatnim dniu okienka klub porozumiał się w kwestii jego sprzedaży z Arsenalem, który zapłacił za niego 24 mln. Podejrzewamy, że dziś po takim turnieju Arszawin opchnięto by za kwotę dwa razy większą. Wtedy realia jeszcze wyglądały nieco inaczej, choć już wkrótce miało się to zmienić. A jak sobie w Londynie sam Arszawin poradził? Cóż, raczej nie będą o nim pisać rozdziałów w książkach o historii „Kanonierów”.










