Dzięki Twitterowi napisał, jak sam twierdzi, jeden z najlepszych tekstów w swoim życiu. Żeby było ciekawiej, „ćwierkanie” zafundowało mu także spotkanie i wywiad z Cristiano Ronaldo. – Ktoś mnie kiedyś nazwał słupem reklamowym, ale ja mam po prostu frajdę z tego, że rozdaję koszulki za tweeta – zapewniał w długiej rozmowie o Twitterze Michał Pol, drugi z najbardziej popularnych na tej platformie polskich dziennikarzy sportowych.
Jaka jest według Pana największa zaleta Twittera?
Głównie źródło informacji, inspiracji, ale też zabawy. Ciężko już obejrzeć mecz bez patrzenia na Twittera. Człowiek ma wrażenie, że ogląda spotkanie w jakimś wielkim pubie albo wielkiej rodzinie ludzi. To jest różnica między oglądaniem samemu a oglądaniem w towarzystwie kogoś, kogo się lubi.
Może się Pan wtedy w 100% skupić na meczu? Nie czuje Pan, że traci trochę spotkanie?
Czasami jak tweetuję, to trochę tak. Staram się to ograniczać oczywiście. To nie jest tak, że siedzę non stop i piszę. Staram się czytać, czasami wrzucić coś samemu. Jest to silniejsze po prostu, uzależniające. To zupełnie inny rodzaj przeżywania sportowych emocji.
Co Pana skłoniło, żeby wejść na Twittera?
To była konkretna sytuacja. Eryk Mistewicz to specjalista od marketingu politycznego, jest nazywany „papą Twittera”, napisał pierwszą książkę o nim itd. Pewnego dnia przeczytałem, że jego tweet trafił na pierwszą stronę dziennika. Chodziło o to, że Lech Wałęsa zamiast w Polsce wziąć udział w jakimś tam evencie, wybrał zaproszenie irlandzkiego nacjonalisty Declana. Lead zawierał takie zdanie: „Napisał na swoim koncie na Twitterze Eryk Mistewicz”. Pomyślałem wtedy, że rzeczywiście jest ogromna siła tego Twittera, skoro nawet media się na niego powołują. Wcześniej słyszałem o Twitterze raczej jako o takiej zabawce koszykarzy NBA. Shaquille O’Neal był takim ewangelistą Twittera, aż w końcu zabroniono mu go używać, bo tweetował nawet z szatni.

Spośród polskich sportowych dziennikarzy Pan pojawił się na Twitterze najwcześniej.
Jak wszedłem na Twittera, to nie było jeszcze polskich dziennikarzy. Byli tylko ci, których znałem z „Timesa”, „Guardiana” itd. Uważam, że Twitter to dla dziennikarza teraz nieodzowne narzędzie pracy. Mnie Twitter „kupił” tą swoją prostotą, esencją. Tym, że nagle dostawałem bardzo dobre, ciekawe i inspirujące linki. Twitter uzupełnia wiedzę, którą dziennikarz już posiada.
Ja często podaję przykład z mundialu w RPA, gdzie jeszcze było mało polskich osób, które śledziłem na Twitterze. Wtedy zacząłem obserwować Zbigniewa Hołdysa, którego nigdy wcześniej osobiście nie znałem. On tak inspirująco pisał, że mnie natchnął. Najlepszy tekst, który stworzyłem, zawdzięczam jego jednemu tweetowi. On, kiedy Argentyna przegrała z Niemcami 0:4 i odpadła z mundialu, rzucił takie skojarzenie, że Diego Maradona jest jak gangster, który dokonał kiedyś skoku stulecia. Teraz młodych zapatrzonych gangsterków zebrał, namówił ich na skok, ale nie dał im planu i zostawił samych sobie. Messi na tamtym mundialu nie strzelił nawet gola. Totalna kompromitacja. Ja rozwinąłem tę jego myśl.












