Kibice wygrali dziś bitwę, ale losy Stamford Bridge oraz Chelsea nadal są niejasne.
To mógł być największy dzień w historii Chelsea, a z pewnością największy od czasów pojawienia się Abramowicza. Chelsea Pitch Owners (CPO) prawie dwie dekady temu uratowali Stamford Bridge przed oddaniem stadionu w cudze ręce, a dzisiaj mieli zdecydować, czy obiekt, dla którego klub powstał (tak, tak, przed 106 laty), miał bezwarunkowo i ostatecznie przejść we władanie Rosjanina i podległego mu zarządu. Misja, na którą Roman Abramowicz wysłał Bruce’a Bucka i Rona Gourlaya, zakończyła się spektakularnym niepowodzeniem.
Stamford Bridge podczas meczu LM przeciwko Liverpoolowi (fot. soccerjones.com)
Ten dzień pokazał, że mimo wdzięczności i zaufania do właściciela kibice Chelsea wzięli naukę z bolesnych lekcji historii. Wbrew temu, do czego próbowano uprościć CPO, nie chodziło o przeciwstawienie się przenosinom na nowy stadion, a formie, w jakiej to się odbywało i mogło odbyć. Nawet pośród większości akcjonariuszy CPO panuje przekonanie, że przenosiny Chelsea na nowy stadion są nieodwracalne i potrzebne, ale są oni przeciwni warunkom, jakie zostały im postawione.
Say No CPO
Dyrekcje Chelsea oraz CPO wykazały się daleko idącą ignorancją i nie byłe gotowe na otwarcie niezbędnego dialogu z fanami, mimo wyciąganej do nich ręki ze strony grupy anonimowych kibiców zrzeszonych pod hasłem SayNoCPO. Dla akcjonariuszy ustanowiono możliwie najbliższą datę na spotkanie i głosowanie, które ponadto zaplanowano na poranek po wyjazdowym meczu z Evertonem w Liverpoolu. To były dwa policzki w twarz, które miały także zniechęcić fanów do jednoczenia się przeciwko propozycji Chelsea.
Mimo to SayNoCPO przygotowało kontrofertę dla Chelsea, oferując przeniesienie praw do stadionu i nazwy klubu na nowy obiekt, którego lokalizacja miała być ustalona po negocjacjach z kibicami. Pojawiły się też kontrowersje – dlaczego Chelsea chciała przekupić tych udziałowców, którzy zagłosują na tak, pierwszeństwem do karnetów na nowym stadionie, pomijając tych, którzy wspierają CPO, ale głosowali przeciwko temu pomysłowi? Ponadto okazało się że obecna dyrekcja CPO sprzeniewierzyła się wcześniejszym ustalenion sprzed lat i wielu z nich jest obecnie zatrudnionych przez Chelsea FC, co wpływa na ich bezstronność.
Niczym rodzina Soprano
Im bliżej było głosowania, tym pojawiało się coraz więcej niepokojących plotek, które bolały fanów i wzbudzały ich podejrzenia. Jak choćby ogromne i tajemnicze kupowanie akcji na masową skalę w ostatnich tygodniach przez nieznane osoby, które łączone były z prezesem Bruce’em Buckiem. Wczoraj „The Independent” ujawnił, że prezes nawet sugerował, aby jednego z głośniejszych oponentów głosowania „uciszyć, aby nie przeszkadzał” – historia niczym z serialu o rodzinie Soprano. Zresztą dyrektor wykonawczy Chelsea, Ron Gourlay, jak sam powiedział przed głosowaniem, udziałowcem Chelsea Pitch Owners stał się… przedwczoraj! Jeden z bardziej spostrzegawczych kibiców „The Blues” słusznie zauważył, że sprzedaż udziałów dla chcących wziąć udział w głosowaniu zakończyła się ponad tydzień temu…
Jeden z niżej podpisanych autorów był dzisiaj na stadionie, ponieważ dostał słowo od szefa komunikacji Chelsea, że jego wniosek akredytacyjny zostanie rozpatrzony. Okazało się, że klub – gospodarz spotkania organizowanego de facto przez CPO – zdążył już wysłać imienne zaproszenia do bodajże dziesięciu dziennikarzy, innych nie wpuszczając. Przy głównej bramie na Stamford Bridge rozdawano ulotki z niewygodnymi pytaniami, na które dyrekcja Chelsea nie chciała odpowiedzieć – dystrybucją zajęli się oczywiście ci, którzy działali na rzecz ruchu SayNoCPO. Już na godzinę przez rozpoczęciem spotkania długa kolejka akcjonariuszy CPO ciągnęła się od zachodniej trybuny stadionu praktycznie dobre kilkadziesiąt metrów aż do pubu kiedyś znanego jako So Bar, gdzie przed 106 laty zakładano Chelsea Football Club, nie wiedząc, co zrobić ze stadionem Stamford Bridge. Dało się wyczuć atmosferę niepewności, ale i tego, że jest to jeden z kluczowych dni w całej bogatej historii klubu.
Gdzie jest miliarder?
Były pytania, były wnioski, były zarzuty, były obietnice. Było głosowanie. O 15:00 wszystko było jasne – udziały pozostają w rękach Chelsea Pitch Owners, porażka ludzi Abramowicza okazała się spektakularna, zabrakło im prawie czternaście procent głosów. Bruce Buck starał się kryć rozczarowanie wynikami wyczekiwaniem meczu z Arsenalem, lecz była to równie nieudana próba chowania się za zespołem, jak gdy w ostatnich tygodniach na bitwę o Stamford Bridge rzucano piłkarzy, którzy w specjalnych wywiadach zachęcać mieli do głosowania na tak. Kapitan John Terry miał być nawet obecny na tajnym spotkaniu z największymi udziałowcami CPO…
Duży wpływ na wyniki głosowania miała także nieobecność Abramowicza – jego pojawienie się na pewno dałoby dużo zaufania dla głosujących, którzy ostateczną decyzję podejmowali dopiero przy urnie. Większość wątpliwości fanów dotyczyła kwestii tego, co by się stało po oddaniu, sprzedaży lub utracie klubu przez Romana Abramowicza, a pojawieniu się nowego właściciela, niegodnego zaufania – przykładów z ostatnich lat mamy mnóstwo, od Man City po Blackburn, patrząc z góry do dołu samej tabeli Premier League.
Zwycięstwo, ale…
Wyniki głosowania okrzyknięto sukcesem SayNoCPO, ale trzeba zaznaczyć że aż dwie trzecie głosów było na tak. Jeżeli to samo głosowanie zostanie powtórzone za rok, szanse na to, że kibice stracą prawa do gruntów i nazwy klubu, są znacznie większe. Zastanawiać może jednak to, czy Chelsea ma rok na takie rozważania, czy nie powinna raczej skupić się na osiągnięciu porozumienia, które byłoby korzystne dla obu stron.
Bezapelacyjnie samo głosowanie było jednym wielkim wotum nieufności dla dyrektorów Chelsea, którzy w arogancki sposób traktowali wnioski i pytania SayNoCPO, twardo stojąc przy swoich żądaniach. Co więcej, zarząd Chelsea Pitch Owner wcale im w tym nie przeszkadzał, a wręcz pomagał – choć może trudno się dziwić, skoro w klubie to Bruce Buck jest ich szefem…
Wnioski?
Tym niemniej było to wspaniałe świadectwo tego, że demokracja i wola kibiców nadal może mieć ważny, jeżeli nie decydujący głos – nawet na tak wysokim poziomie, gdzie w ostatnich latach raczej sprowadzono rolę jednostki do pompowania w klub pieniędzy czy grzecznego zajmowania krzesełka na meczach. Głosowanie za rozwiązaniem CPO było krokiem w nieznane, zwłaszcza że klub z zachodniego Londynu tak naprawdę malował na wodzie i nie obiecywał nic, co było realne, w zamian chcąc fanów pozbawić całkowitej władzy.
Ruch SayNoCPO też popełnił błędy – swoją kampanię skupił tylko na akcjonariuszach, wychodząc szerzej do mediów nie na starcie, lecz na samym końcu. Niewielka część zainteresowanej tą problematyką opinii publicznej wiedziała, o co tak na prawdę w tej walce od początku jej trwania chodzi. W kampanii brakowało popularnych nazwisk, które, tak jak w 1993 roku, przyciągnęłyby rzesze na stronę mówiącą klubowi „nie”. Na jednego z liderów nowego ruchu wykreował się Tim Rolls, który zapewne będzie starał się wejść do zarządu Chelsea Pitch Owners lub chociaż usiąść przy negocjacyjnym stole – trudno wyobrazić sobie, aby obecna dyrekcja utrzymała się przy władzy po tej kompromitacji.
Kibic Chelsea a kibic Chelsea
Inna sprawa to ujawnienie się fanów Chelsea dwóch prędkości. Jak można było wywnioskować z reakcji na Twitterze, wielu „nowych” kibiców Chelsea była wściekła na SayNoCPO za wstrzymywanie rozwoju klubu i zablokowanie oddania wszystkich udziałów w ręce Romana Abramowicza. Dla wielu z nich Chelsea FC zdawała się jedynie drużyną piłkarską z bogatym właścicielem, a czy gra w Fulham, Battersea czy Twickenham miało już mniejsze znaczenie, bo mecze i tak oglądają w TV lub pubie. Starsi fani, często także akcjonariusze CPO, pamiętający ciemne dni z historii Chelsea, mimo wszystko także są skoży na przenosiny, ale nie na obecnie postawionych warunkach.
Tydzień temu przed meczem LM z Genk udało nam się porozmawiać z Markiem Worrallem, jednym z bardziej znanych sympatyków Chelsea angażujących się w ruch kibicowski i publikującym książki o przygodach z wyjazdów po Anglii i Europie. Zapytany o przyszłość Chelsea Pitch Owners, nie potrafił konkretnie odpowiedzieć, jąkał i kręcił, aby nie dać jednoznacznej opinii. Każdy fan zdaje się świadom potrzeby przenosin, aby klub nadal mógł walczyć o najwyższe cele i nie łamać finansowego Fair Play UEFA, ale z drugiej strony na obecnych warunkach byłby to rollercoaster w nieznane, na co kibice Chelsea pamiętający lata 80. i początek 90. nie mogą sobie pozwolić.
Co dalej?
Bitwa została dziś wygrana, ale z pewnością to nie jest koniec debat nad przyszłością Stamford Bridge. Komentatorzy są zgodni – Roman Abramowicz musi zejść ze swej loży do kibiców i wysłuchać ich postulatów, zmienić swoją ofertę, zawrzeć porozumienie. Jasne, może też liczyć, że jego ludzie będą kontynuować wykup akcji aż do osiągnięcia wymaganej większości (75%), lecz czas oraz głos opinii publicznej nie jest po jego stronie i jest to prawdopodobnie jego większa piłkarska porażka niż ta poniesiona na murawie w deszczowej Moskwie.
Ten czwartek pozostanie na długo w pamięci kibiców. W pierwszej kolejności to zwycięstwo tych, którzy tak często musieli odpowiadać na oskarżenia o bezduszność, niewierność i przywiązanie do sukcesu za tych, którzy faktycznie takimi osobami są. To oni dali popis przywiązania do tradycji, obronili klub i przede wszystkim pokazali, że ten przeklęty „współczesny futbol” wciąż może mieć duszę kibica, którego krzyk z trybun słyszą nawet w VIP-owskich lożach.
Kibice wygrali dziś bitwę, ale losy Stamford Bridge oraz Chelsea nadal są niejasne.
To mógł być największy dzień w historii Chelsea, a z pewnością największy od czasów pojawienia się Abramowicza. Chelsea Pitch Owners (CPO) prawie dwie dekady temu uratowali Stamford Bridge przed oddaniem stadionu w cudze ręce, a dzisiaj mieli zdecydować, czy obiekt, dla którego klub powstał (tak, tak, przed 106 laty), miał bezwarunkowo i ostatecznie przejść we władanie Rosjanina i podległego mu zarządu. Misja, na którą Roman Abramowicz wysłał Bruce’a Bucka i Rona Gourlaya, zakończyła się spektakularnym niepowodzeniem.
Stamford Bridge podczas meczu LM przeciwko Liverpoolowi (fot. soccerjones.com)
Ten dzień pokazał, że mimo wdzięczności i zaufania do właściciela kibice Chelsea wzięli naukę z bolesnych lekcji historii. Wbrew temu, do czego próbowano uprościć CPO, nie chodziło o przeciwstawienie się przenosinom na nowy stadion, a formie, w jakiej to się odbywało i mogło odbyć. Nawet pośród większości akcjonariuszy CPO panuje przekonanie, że przenosiny Chelsea na nowy stadion są nieodwracalne i potrzebne, ale są oni przeciwni warunkom, jakie zostały im postawione.
Say No CPO
Dyrekcje Chelsea oraz CPO wykazały się daleko idącą ignorancją i nie byłe gotowe na otwarcie niezbędnego dialogu z fanami, mimo wyciąganej do nich ręki ze strony grupy anonimowych kibiców zrzeszonych pod hasłem SayNoCPO. Dla akcjonariuszy ustanowiono możliwie najbliższą datę na spotkanie i głosowanie, które ponadto zaplanowano na poranek po wyjazdowym meczu z Evertonem w Liverpoolu. To były dwa policzki w twarz, które miały także zniechęcić fanów do jednoczenia się przeciwko propozycji Chelsea.
Mimo to SayNoCPO przygotowało kontrofertę dla Chelsea, oferując przeniesienie praw do stadionu i nazwy klubu na nowy obiekt, którego lokalizacja miała być ustalona po negocjacjach z kibicami. Pojawiły się też kontrowersje – dlaczego Chelsea chciała przekupić tych udziałowców, którzy zagłosują na tak, pierwszeństwem do karnetów na nowym stadionie, pomijając tych, którzy wspierają CPO, ale głosowali przeciwko temu pomysłowi? Ponadto okazało się że obecna dyrekcja CPO sprzeniewierzyła się wcześniejszym ustalenion sprzed lat i wielu z nich jest obecnie zatrudnionych przez Chelsea FC, co wpływa na ich bezstronność.
Niczym rodzina Soprano
Im bliżej było głosowania, tym pojawiało się coraz więcej niepokojących plotek, które bolały fanów i wzbudzały ich podejrzenia. Jak choćby ogromne i tajemnicze kupowanie akcji na masową skalę w ostatnich tygodniach przez nieznane osoby, które łączone były z prezesem Bruce’em Buckiem. Wczoraj „The Independent” ujawnił, że prezes nawet sugerował, aby jednego z głośniejszych oponentów głosowania „uciszyć, aby nie przeszkadzał” – historia niczym z serialu o rodzinie Soprano. Zresztą dyrektor wykonawczy Chelsea, Ron Gourlay, jak sam powiedział przed głosowaniem, udziałowcem Chelsea Pitch Owners stał się… przedwczoraj! Jeden z bardziej spostrzegawczych kibiców „The Blues” słusznie zauważył, że sprzedaż udziałów dla chcących wziąć udział w głosowaniu zakończyła się ponad tydzień temu…
Jeden z niżej podpisanych autorów był dzisiaj na stadionie, ponieważ dostał słowo od szefa komunikacji Chelsea, że jego wniosek akredytacyjny zostanie rozpatrzony. Okazało się, że klub – gospodarz spotkania organizowanego de facto przez CPO – zdążył już wysłać imienne zaproszenia do bodajże dziesięciu dziennikarzy, innych nie wpuszczając. Przy głównej bramie na Stamford Bridge rozdawano ulotki z niewygodnymi pytaniami, na które dyrekcja Chelsea nie chciała odpowiedzieć – dystrybucją zajęli się oczywiście ci, którzy działali na rzecz ruchu SayNoCPO. Już na godzinę przez rozpoczęciem spotkania długa kolejka akcjonariuszy CPO ciągnęła się od zachodniej trybuny stadionu praktycznie dobre kilkadziesiąt metrów aż do pubu kiedyś znanego jako So Bar, gdzie przed 106 laty zakładano Chelsea Football Club, nie wiedząc, co zrobić ze stadionem Stamford Bridge. Dało się wyczuć atmosferę niepewności, ale i tego, że jest to jeden z kluczowych dni w całej bogatej historii klubu.
Gdzie jest miliarder?
Były pytania, były wnioski, były zarzuty, były obietnice. Było głosowanie. O 15:00 wszystko było jasne – udziały pozostają w rękach Chelsea Pitch Owners, porażka ludzi Abramowicza okazała się spektakularna, zabrakło im prawie czternaście procent głosów. Bruce Buck starał się kryć rozczarowanie wynikami wyczekiwaniem meczu z Arsenalem, lecz była to równie nieudana próba chowania się za zespołem, jak gdy w ostatnich tygodniach na bitwę o Stamford Bridge rzucano piłkarzy, którzy w specjalnych wywiadach zachęcać mieli do głosowania na tak. Kapitan John Terry miał być nawet obecny na tajnym spotkaniu z największymi udziałowcami CPO…
Duży wpływ na wyniki głosowania miała także nieobecność Abramowicza – jego pojawienie się na pewno dałoby dużo zaufania dla głosujących, którzy ostateczną decyzję podejmowali dopiero przy urnie. Większość wątpliwości fanów dotyczyła kwestii tego, co by się stało po oddaniu, sprzedaży lub utracie klubu przez Romana Abramowicza, a pojawieniu się nowego właściciela, niegodnego zaufania – przykładów z ostatnich lat mamy mnóstwo, od Man City po Blackburn, patrząc z góry do dołu samej tabeli Premier League.
Zwycięstwo, ale…
Wyniki głosowania okrzyknięto sukcesem SayNoCPO, ale trzeba zaznaczyć że aż dwie trzecie głosów było na tak. Jeżeli to samo głosowanie zostanie powtórzone za rok, szanse na to, że kibice stracą prawa do gruntów i nazwy klubu, są znacznie większe. Zastanawiać może jednak to, czy Chelsea ma rok na takie rozważania, czy nie powinna raczej skupić się na osiągnięciu porozumienia, które byłoby korzystne dla obu stron.
Bezapelacyjnie samo głosowanie było jednym wielkim wotum nieufności dla dyrektorów Chelsea, którzy w arogancki sposób traktowali wnioski i pytania SayNoCPO, twardo stojąc przy swoich żądaniach. Co więcej, zarząd Chelsea Pitch Owner wcale im w tym nie przeszkadzał, a wręcz pomagał – choć może trudno się dziwić, skoro w klubie to Bruce Buck jest ich szefem…
Wnioski?
Tym niemniej było to wspaniałe świadectwo tego, że demokracja i wola kibiców nadal może mieć ważny, jeżeli nie decydujący głos – nawet na tak wysokim poziomie, gdzie w ostatnich latach raczej sprowadzono rolę jednostki do pompowania w klub pieniędzy czy grzecznego zajmowania krzesełka na meczach. Głosowanie za rozwiązaniem CPO było krokiem w nieznane, zwłaszcza że klub z zachodniego Londynu tak naprawdę malował na wodzie i nie obiecywał nic, co było realne, w zamian chcąc fanów pozbawić całkowitej władzy.
Ruch SayNoCPO też popełnił błędy – swoją kampanię skupił tylko na akcjonariuszach, wychodząc szerzej do mediów nie na starcie, lecz na samym końcu. Niewielka część zainteresowanej tą problematyką opinii publicznej wiedziała, o co tak na prawdę w tej walce od początku jej trwania chodzi. W kampanii brakowało popularnych nazwisk, które, tak jak w 1993 roku, przyciągnęłyby rzesze na stronę mówiącą klubowi „nie”. Na jednego z liderów nowego ruchu wykreował się Tim Rolls, który zapewne będzie starał się wejść do zarządu Chelsea Pitch Owners lub chociaż usiąść przy negocjacyjnym stole – trudno wyobrazić sobie, aby obecna dyrekcja utrzymała się przy władzy po tej kompromitacji.
Kibic Chelsea a kibic Chelsea
Inna sprawa to ujawnienie się fanów Chelsea dwóch prędkości. Jak można było wywnioskować z reakcji na Twitterze, wielu „nowych” kibiców Chelsea była wściekła na SayNoCPO za wstrzymywanie rozwoju klubu i zablokowanie oddania wszystkich udziałów w ręce Romana Abramowicza. Dla wielu z nich Chelsea FC zdawała się jedynie drużyną piłkarską z bogatym właścicielem, a czy gra w Fulham, Battersea czy Twickenham miało już mniejsze znaczenie, bo mecze i tak oglądają w TV lub pubie. Starsi fani, często także akcjonariusze CPO, pamiętający ciemne dni z historii Chelsea, mimo wszystko także są skoży na przenosiny, ale nie na obecnie postawionych warunkach.
Tydzień temu przed meczem LM z Genk udało nam się porozmawiać z Markiem Worrallem, jednym z bardziej znanych sympatyków Chelsea angażujących się w ruch kibicowski i publikującym książki o przygodach z wyjazdów po Anglii i Europie. Zapytany o przyszłość Chelsea Pitch Owners, nie potrafił konkretnie odpowiedzieć, jąkał i kręcił, aby nie dać jednoznacznej opinii. Każdy fan zdaje się świadom potrzeby przenosin, aby klub nadal mógł walczyć o najwyższe cele i nie łamać finansowego Fair Play UEFA, ale z drugiej strony na obecnych warunkach byłby to rollercoaster w nieznane, na co kibice Chelsea pamiętający lata 80. i początek 90. nie mogą sobie pozwolić.
Co dalej?
Bitwa została dziś wygrana, ale z pewnością to nie jest koniec debat nad przyszłością Stamford Bridge. Komentatorzy są zgodni – Roman Abramowicz musi zejść ze swej loży do kibiców i wysłuchać ich postulatów, zmienić swoją ofertę, zawrzeć porozumienie. Jasne, może też liczyć, że jego ludzie będą kontynuować wykup akcji aż do osiągnięcia wymaganej większości (75%), lecz czas oraz głos opinii publicznej nie jest po jego stronie i jest to prawdopodobnie jego większa piłkarska porażka niż ta poniesiona na murawie w deszczowej Moskwie.
Ten czwartek pozostanie na długo w pamięci kibiców. W pierwszej kolejności to zwycięstwo tych, którzy tak często musieli odpowiadać na oskarżenia o bezduszność, niewierność i przywiązanie do sukcesu za tych, którzy faktycznie takimi osobami są. To oni dali popis przywiązania do tradycji, obronili klub i przede wszystkim pokazali, że ten przeklęty „współczesny futbol” wciąż może mieć duszę kibica, którego krzyk z trybun słyszą nawet w VIP-owskich lożach.