Bellerin, Coman, Rashford, Corić. To właśnie te nazwiska pojawiają się najczęściej na ustach kibiców w kontekście największego odkrycia zbliżającego się Euro. Zawodnicy młodzi, piekielnie utalentowani i z łatką olbrzymich talentów, tylko czekający na to, aby wejść na boisko i oczarować swoją grą miliony fanów na całym świecie. Tuż przed turniejem światu objawiło się nazwisko kolejnego kandydata i choć piłkarz to już leciwy, a większość fachowców skreśliła go na dobre przed kilkoma laty, on zadaje kłam tym opiniom i zaskakuje znakomitą formą w ostatnich tygodniach. Ricardo Quaresma zdaje sobie sprawę, że nikt tak dobrze jak on nie pasuje w ostatnim czasie do sformułowania „teraz albo nigdy”.
Zapytacie – dlaczego odkrycie? Mówimy przecież o gościu, który ma już 33 wiosny na karku, świetne CV, a jednocześnie łatkę jednego z najbardziej niespełnionych talentów w historii futbolu. Quaresma z niejednego pieca chleb już jadł i wszędzie kończyło się praktycznie tak samo – przepędzeniem bez żalu. Tak naprawdę w trakcie całej kariery dobrze czuł się tylko w Porto, gdzie nikt nie oczekiwał od niego kosmicznych liczb, a on sam, nie mając na sobie presji, mógł w pełni udowadniać swoją wartość.
Quaresma – „trivela king”
Mimo tej sinusoidy, jakiej doświadczał w trakcie kariery, Portugalczyk był uwielbiany przez publiczność, a swoją grą przysporzył sobie sporą rzeszę fanów na całym świecie. W końcu należał do nielicznej grupy piłkarzy, którzy estetyczne doznania przedkładali nad wynik sportowy i efektywność swoich podań. Quaresmę liczby zdawały się kompletnie nie interesować, a od liczby bramek bardziej zajmowało go to, ile razy założy rywalowi siatkę w trakcie meczu i czy dośrodkowanie lepiej wyjdzie „raboną”, czy też jego znakiem firmowym – trivelą (uderzeniem zewnętrzną częścią stopy). Jego grę idealnie definiuje stwierdzenie, które sformułował kiedyś Roy Keane:
Nie wierzę, że umiejętności są, albo kiedykolwiek będą, efektem pracy trenerów. To rezultat romansu, jaki miał miejsce pomiędzy dzieckiem a piłką.
Quaresma zdaje się piłkę pieścić, a nie prowadzić. Przy tej całej swojej technicznej maestrii jest jednocześnie piłkarzem niezwykle dynamicznym, który kolejne metry zdawał się nie przebiegać, a połykać. Jego kunszt techniczny dopełniały cudowne uderzenia z dystansu, które swoją urodą wypełniały niejedną internetową kompilkę.
Największy problem? Mentalność
Mimo to za umiejętnościami nie zawsze szła głowa, a dokładnie kwestia wytrzymywania presji. Po transferze do Interu Mediolan nie zdążył przepracować z zespołem okresu przygotowawczego i mimo że sezon rozpoczął od bramki w spotkaniu z Catanią, po bezbarwnym półroczu musiał pakować walizki. Pytany przez dziennikarzy o przyczyny słabej gry skrzydłowego Jose Mourinho odpowiadał wówczas:











