Bardzo ciężko napisać coś konkretnego o meczu, po którym większość uczestników i obserwatorów wyraża się mniej więcej słowami: „fatalna murawa, ale oczywiście boisko było takie samo dla obydwu drużyn”. Trudno zaprzeczyć, sposób, w jaki Litwini strzelali wczoraj gole, był dobrany idealnie pod stan murawy. Choć ciężko mi uwierzyć, by selekcjoner Litwy faktycznie nakazał uderzać z dystansu każdą przypadkowo odbitą piłkę.
Narzekanie na boisko byłoby zbyt sztampowe, pozostaje mi więc ponarzekać na Smudę. To oczywiście też wydaje się zbyt łatwe, ale cały czas gra naszej reprezentacji nie pozwala na zbudowanie mocnej wiary w to, że za rok na turnieju finałowym zdołamy wyjść z grupy.
Litwini wyszli na boisko z mocnym zamiarem szukania swoich szans w kontratakach, ale trzeba im oddać, że na trudnej murawie operowali piłką dość swobodnie. Natomiast w przypadku straty nie tracili ducha, tylko od razu ustawiali szyki obronne. W zasadzie cała czwórka linii pomocy podchodziła bardzo blisko swoich obrońców, zagęszczając przedpole własnej bramki. Z chwilą przejęcia piłki bardzo szybko co najmniej czterech, czasem więcej zawodników, próbowało najprostszymi środkami przedostać się pod przeciwną bramkę. Bardzo dobrze wypadli środkowi pomocnicy, którzy przez cały czas byli blisko gry – w większości sytuacji zawodnik prowadzący piłkę mógł im ją oddać i od razu wychodzić na pozycję.
Polacy byli tym razem ustawieni w dość klasycznym 4-2-3-1. Niestety, jedyni zawodnicy, którzy we wczorajszym meczu nie zawiedli tak bardzo, to nasze eksportowe trio z Borussii Dortmund oraz, jak się wydaje, Dariusz Dudka. Co najmniej kilka sytuacji wypracował Błaszczykowski, ale brakowało po prostu skuteczności. Natomiast, pomimo dość udanej wymiany piłek, można było odnieść wrażenie, że nasza gra ofensywna to tylko i wyłącznie improwizacja. Brakowało rozegrań w trójkątach, np. Lewandowski – Błaszczykowski – Piszczek lub też Dudka – Mierzejewski – Obraniak. Murawski tym razem był zarówno niewidoczny w ataku, jak i bezużyteczny w destrukcji. O grze obronnej ciężko cokolwiek napisać – długimi fragmentami Glik i Głowacki nie mieli co robić – a gdy Litwini zaatakowali, padały bramki albo ratował nas słupek. Małkowski nie popisał się w żadnej sytuacji, ale też od niego wymagano najmniej.
Obydwie bramki padły po ewidentnych błędach obrony i defensywnych pomocników – za każdym razem brakowało asekuracji ze strony Murawskiego lub Dudki. Przy pierwszej bramce bardzo niefortunnie do strzelca gola podawał Głowacki. Czy da się więcej napisać o pechu tego zawodnika? Wydaje się też, że błąd popełnił Piszczek, zbiegając do środka zamiast pilnować zawodnika po swojej stronie. Małkowski dał się zaskoczyć przy bliższym słupku, choć Litwin chyba z sekundę składał się do strzału. Drugi gol padł po akcji naszą prawą stroną, ale tutaj winę ponoszą już raczej tylko Murawski z Dudką oraz być może Małkowski. Podczas gdy jeden z Litwinów sprytnie wepchnął naszych defensorów do pola karnego, a drugiemu piłka odbiła się od nogi i poturlała przed pole karne, kompletnie niepilnowany Cesnauskis uderzył mocno przy słupku. Nie było przy nim nikogo, ale w sytuacji, gdy defensywni pomocnicy są ustawieni o dobre 10-15 metrów od obrony, nie może to dziwić.










