Pojedynek niewiarygodny, ale prawdziwy, niesamowity, wystrzałowy, jak z PlayStation – chyba nawet takie określenia nie oddadzą tego, co działo się dzisiaj na Madejski Stadium. Od 0:4 do 7:5? Takie emocje tylko w Capital One Cup, a dokładniej w meczu Arsenalu z Reading.
W Pucharze Ligi trenerzy dają szansę pograć raczej rezerwowym. Na zdecydowanie więcej zmian zdecydował się oczywiście Wenger, który posłał w bój kompletnie inną jedenastkę niż zwykle. Na początku nie zdawało to egzaminu, bo już w 12. minucie po dograniu z lewej strony od Robsona-Kanu akcję pewnie wykończył Jason Roberts. Chwilę później nastąpiło 60 sekund, które jeszcze mocniej wstrząsnęło Arsenalem. Najpierw w 19. minucie Laurent Koscielny tak przeciął podanie rywala, że wbił piłkę do własnej bramki. Następnie ten, który w meczu ligowym z Fulham niemal przerwał siatkę swoim strzałem, czyli Leigertwood, znowu popisał się mocnym uderzeniem. Błąd popełnił Martinez, chciał on odbić piłkę, ale futbolówka po jego rękawicy wpadła do siatki.
To nie był jednak ostatni gol puszczony przez młodego bramkarza, bo w 37. minucie nie miał on nic do powiedzenia przy główce Hunta. Po tej bramce niektórzy z kibiców „The Gunners” stwierdzili, że mają dość i opuścili trybuny. Tej decyzji będą chyba żałowali bardzo długo…
Zaczęło się jeszcze przed przerwą. Walcott dostał świetne podanie od Arszawina, uciekł obrońcom i przelobował wychodzącego z bramki Federiciego. Londyńczycy schodzili więc na przerwę z małą nutką nadziei i od początku drugiej połowy postanowili zaatakować. Jednak nie przemyślane akcje, ale stałe fragmenty gry dały im dwa kolejne gole. W 64. minucie Giroud popisał się świetną główką po wrzutce Walcotta z rogu. Względnie bezpieczny wynik 4:2 utrzymywał się praktycznie do samego końca. Znowu rzut rożny, znowu dośrodkowanie Walcotta i w 89. minucie Koscielny zrehabilitował się za wcześniejszego swojaka, tym razem kierując piłkę do właściwej bramki.
To naprawdę dodało skrzydeł Arsenalowi. Sędzia doliczył cztery minuty, które gospodarze postanowili spędzić w rogu pod polem karnym rywali. Taktyka kunktatorstwa jednak się zemściła, bo mijała już piąta minuta doliczonego czasu, gdy po dośrodkowaniu rozpaczy Giroud zgrał piłkę Walcottowi, a ten kopnął ją w stronę bramki. Futbolówka minimalnie przekroczyła linię, kiedy wybił ją obrońca. Liniowy trafienia się nie dopatrzył, ale dla pewności nadbiegający Jenkinson popisał się pewną dobitką. Koniec końców nie wiadomo, kto strzelił tego gola, ale pewne jest to, że oznaczał on dogrywkę.
Tę lepiej zaczęli zszokowani chyba mimo wszystko gospodarze, bo po kilkudziesięciu sekundach Martineza zatrudnił McAnuff. Jednak w 13. minucie stało się coś innego i niesamowitego. Chamakh dostał piłkę tuż za linią pola karnego, kopnął ją niezbyt mocno, ale na tyle precyzyjnie, że na ślamazarnego Federiciego wystarczyło. I tak londyńczycy od stanu 0:4 doprowadzili do 5:4. Tuż po zmianie stron szybko podwyższyć prowadzenie mógł Walcot, jednak zmarnował naprawdę dobrą sytuację. Tymczasem gospodarze, wydawałoby się już kompletnie rozbici, jednak zaatakowali. Robili to dość rozpaczliwie, aż w 116. minucie po strzale Guntera futbolówka odbiła się od nogi obrońcy tak szczęśliwie, że spadła wprost na głowę Pogriebniaka, który z bliska wpakował ją do siatki.










