Kolejna kolejka La Liga za nami, a w niej wszystko tak, jak zawsze. Czołówka wygrywa, Sevilla upada, Getafe wstaje z kolan. Racing stacza się do miejsca w strefie spadkowej, które opuściła Malaga.

Jeszcze wczoraj miałem zamiar napisać o tym, że Primera Division to liga trzech prędkości, że „Barca” gra sama, Real gra sam, a reszta bije się o ostatnie miejsce na podium. Teraz o tym nie napiszę, bo okazało się, że na ten sam pomysł wpadł już Albelda. Nieładnie, David, nieładnie. Za karę nie napiszę, że twoja czerwona kartka była niesłuszna.

Jedzie pociąg…
Barcelona zrobiła głupio, bardzo głupio. Zaryzykowała wiele, bo gdyby włodarze Osasuny byli troszkę mniej wyrozumiali, to „Duma Katalonii” zostałaby ukarana walkowerem i straciłaby pozycję lidera. Taki wielki klub, nawet nie klub – instytucja, nie pomyślał o planie awaryjnym, całkowicie zawierzając słowu danemu przez sfrustrowanych pracowników kontroli powietrznej? Sandro Rosell w oficjalnym oświadczeniu wziął winę na siebie, Pep otwarcie obwinia włodarzy ligi. Piłkarze po cichu przychylają się do słów trenera.
Szalony wyścig z czasem na szczęście dla piłkarzy z Katalonii się powiódł i nawet spóźnienie Pedro, który wbiegł do pociągu w ostatniej chwili nie sprawiło problemu. Wszystko dzięki jadącej grubo ponad 200 km/h kolei (kolejarze, uczcie się!) i pędzącemu po autostradzie z prędkością 110 km/h autobusowi (drogowcy, uczcie się!). 500 kilometrów w cztery godziny to wynik godny pozazdroszczenia. Cała trasa podróży była dokładnie śledzona przez hiszpańskie media. Piłkarze Osasuny odgrażali się na portalach społecznościowych, że o przełożeniu meczu mowy być nie może, Andres Iniesta niejako odpowiedział im na swoim Facebooku, twierdząc, że on i jego koledzy porozmawiają sobie z rywalami.
No i porozmawiali, gładko rozjeżdżając niebezpiecznego przeciwnika na własnym terenie.












