„Proszę Państwa, pragnę przypomnieć Państwu, że z Holandią spotykaliśmy się już cztery razy, odnieśliśmy jedno zwycięstwo, tu, na stadionie w Chorzowie, dalej dwa remisy i jedna porażka w Rotterdamie, już właściwie po regulaminowym okresie gry” – tak właśnie w 1975 roku komentator Jan Ciszewski rozpoczynał komentowanie spotkania, które przeszło do historii polskiego futbolu.
10 września 1975 roku w Chorzowie spotkali się ówcześni wicemistrzowie świata i trzecia drużyna globu. Był to mecz w ramach eliminacji do mistrzostw Europy. Obejrzało go 85 tysięcy widzów, chociaż chętnych było osiem razy więcej (680 tysięcy – niesamowite zainteresowanie!). Ale tylu właśnie kibiców zgłosiło się po bilety. Nasza prasa rozpisywała się o tym starciu już na długo przed jego rozpoczęciem, a tygodnik „Piłka Nożna” poświęcił mu prawie cały numer. Jeśli ktoś szuka w historii naszej piłki kopanej zjawiska piłkoszału, to powinien cofnąć się w czasie właśnie do tego okresu. O pojedynku z kadrą „Oranje” rozmawiano w pracy, autobusach, barach, tramwajach, dosłownie wszędzie.

Chociaż lata 70. były erą ogromnych sukcesów Polaków (1972 – złoto na igrzyskach olimpijskich, 1974 – brąz na mistrzostwach świata), to akurat we wrześniu 1975 roku nikt nie spodziewał się, że damy Holendrom do wiwatu. Kazimierz Górski musiał zacząć obywać się bez swoich pomocników, Jacka Gmocha i Andrzeja Strejlaua, którzy zakończyli współpracę z kadrą. Gorgoń był zdyskwalifikowany, a Musiał zakończył reprezentacyjną karierę, a to znacznie osłabiało jakość naszej defensywy. Reszta naszych kadrowiczów nie zachwycała formą. Większość obserwatorów uważała, że fantastyczna ekipa trenera Górskiego powoli zaczyna się rozpadać.
Gdy wielotysięczny tłum zgromadzony na Stadionie Śląskim odśpiewał „Mazurka Dąbrowskiego”, otucha musiała jednak zawitać w serca naszych zawodników. Jan Ciszewski musiał się za to solidnie denerwować, od początku spotkania bowiem myliły mu się kolory strojów. Sławny komentator nie zauważył jednak, że nasz zespół gra w koszulkach z czarnym (w innej wersji świadków – czerwonym) orzełkiem na piersiach! Był to efekt pomyłki firmy Adidas. Polacy wyszli na murawę w prawie identycznym zestawieniu, w jakim grali na mistrzostwach świata; nowymi twarzami byli defensorzy Bulzacki i Wawrowski. Kapitan „Biało-czerwonych”, Kazimierz Deyna, zaliczał wtedy swój 67. występ w kadrze i stawał się pod tym względem rekordzistą. Dziewięć stacji telewizyjnych (w tamtych czasach była to duża liczba) z całej Europy transmitowało legendarne starcie mistrzowskich ekip.
Sędzia Patrick Partridge dał sygnał do rozpoczęcia meczu. Podopieczni Kazimierza Górskiego od razu z pasją rzucili się na zaskoczonych przeciwników. Ci próbowali ich krótko kryć (jak tłumaczył Ciszewski, „za naszymi piłkarzami podążają opiekunowie”), ale Polacy nie dawali się zdominować. Szybki Grzegorz Lato robił mnóstwo zamieszania w polu karnym Holendrów. Po dynamicznym rajdzie Szymanowskiego prawą stroną nieznacznie pomylił się Szarmach. Bramka wisiała w powietrzu…i padła! Grzegorz Lato skorzystał z fatalnego błędu obrońców „Oranje”, minął van Beverena i wpakował piłkę do pustej bramki. Na trybunach Stadionu Śląskiego wybuchła olbrzymia radość.











