Głównym tematem rozmowy z graczem znanym doskonale z boisk ekstraklasy były VI Mistrzostwa Polski w siatkonogę Las Vegas Power Energy Drink w Tomaszowie Mazowieckim, podczas których jego drużyna, Tercet Pomorski, wywalczyła brązowy medal. Olgierd Moskalewicz, mimo wywalczenia brązowego medalu, dużo większą wagę przykładał jednak do planu na rozwój i popularyzację tej dyscypliny w Polsce.
Turniej, rozgrywany w dniach 10-11 grudnia w Tomaszowie Mazowieckim, zgromadził 12 najlepszych zespołów z całej Polski. Zarówno Łódź, jak i Szczecin wystawiły w nim po trzy drużyny, a zawodnikiem jednej z nich, Tercetu Pomorskiego, był dawny gracz m.in. Pogoni Szczecin, Wisły Kraków i Arki Gdynia, Olgierd Moskalewicz. Tytuł mistrzowski powędrował ostatecznie do Siatkonogi Szczecin, a naszą rozmowę przeprowadziliśmy tuż po wygranym przez Tercet Pomorski spotkaniu o brązowy medal.
Jak Pan oceni poziom trwającego właśnie turnieju? Czy w porównaniu z zeszłorocznym podniósł się?
Na pewno, każda z drużyn ma w sobie potencjał, ale szczególnie widać to po zespole z Łodzi, złożonym teraz z dwóch zawodników, którzy rok temu grali w osobnych zespołach, a teraz regularnie ze sobą trenują. Widać, że razem ćwiczą, dobrze się dogadują. Dziś przegraliśmy z nimi w półfinale i to oni zasłużenie awansowali do finału. Jeśli chodzi o poziom, to jest poprawa, ale martwi mnie fakt, że coraz mniej drużyn przyjeżdża. Rok temu było ich 16, w tym roku mamy ich 12, tak że nie ma rozwoju tej dyscypliny, a jest to bardzo fajny sport, uzupełniający dla piłkarzy. Ja sam, grając jeszcze czynnie w futbol, ćwiczyłem siatkonogę, była to pewna forma treningu. Wiem, że w innych krajach, zwłaszcza w Czechach i na Słowacji, siatkonoga bardzo się rozwinęła. Mam nadzieję, że podobnie będzie w Polsce. Co roku przyjeżdżają te same pary i w ćwierćfinałach, i półfinałach spotykają się ci sami ludzie, te słabsze zespoły nie robią spodziewanych postępów. Może warto byłoby zacząć od dzieci, młodzieży, pokazać im ten sport. Siatkonoga ma przyszłość.
Jest Pan zawiedziony, że rywalizacja zakończyła się na walce o trzecie miejsce? Zarówno wczoraj, jak i dzisiaj wydawał się Pan bardzo skoncentrowany na grze, każda stracona piłka skutkowała wybuchem złości na samego siebie, widać, że bardzo to Pan przeżywa.
Na pewno zależało mi na tym, żeby grać w finale. Ten sport jest mimo wszystko zabawą, ale jednak nieważne co się robi, zawsze trzeba dać z siebie wszystko, pokazać pełnię swoich możliwości i wtedy zabawa i relaks kończą się przed wejściem na boisko. Nie ma tutaj żadnego odpuszczania, każdy walczy o jak najlepszy wynik.
Poruszył Pan kwestię młodzieży. Jedną z drużyn jest zespół U-23 z Łodzi, na trybunach także na pewno młodzi ludzie są obecni. Jak Pan widzi szansę na rozwój tej dyscypliny i jaka jest najlepsza metoda na propagowanie siatkonogi?
Myślę, że trzeba zacząć od szkół podstawowych, podobnie jak z piłką nożną. Nie wiem, czy związek ma wystarczającą liczbę trenerów, którzy mogliby wypracować odpowiedni system rozwoju dyscypliny, z tym trzeba by pójść do Sieczki, prezesa stowarzyszenia Siatkonoga Polska. Na tę chwilę w Polsce więcej nacisku na siatkonogę powinni kłaść trenerzy w szkołach oraz w klubach, gdzie często bywa tak, że są luźniejsze treningi, dla których siatkonoga byłaby idealnym uzupełnieniem. Jeśli chodzi o młodzież, to taki plan rozwoju powinien powstać, bo nie wiem, czy związek już coś takiego stworzył.










