Wygrywając w finale Pucharu Anglii, piłkarze Wigan wdrapali się na szczyt i na zawsze zapisali w historii. Ale droga w dół będzie szybka.
Korespondencja z Londynu
– Miałem marzenie – Dave Whelan zaczął niczym sam Martin Luther King. – W piłce nie ma nic fajniejszego niż sama możliwość grania w nią. Ale kiedy odniosłem kontuzję w finale Pucharu Anglii w 1960 roku, wiedziałem, że muszę spełnić moje marzenia w inny sposób. Wówczas po raz pierwszy wyobraziłem sobie, że mój klub mógłby kiedyś wygrać te rozgrywki. Czekałem pół wieku, ale było warto. Czuję się człowiekiem spełnionym.

Rozmowa z Whelanem przypominała mi pogawędkę z Massimo Morattim w tunelu pod Santiago Bernabeu. Godzinę wcześniej jego Inter Mediolan pokonał Bayern Monachium w finale Ligi Mistrzów. On też nie oczekiwał, że kolejny sukces przyjdzie szybko. W słowach Whelana mogłem odczytać podobne emocje i choć trudno to porównać, sukces Wigan jest jeszcze trudniejszy do powtórzenia niż madrycki tryumf „Nerazzurrich”.
Eksplozja supernowej
Ileż razy już to robili? Próby wielkich ucieczek z więzienia Alcatraz są niczym w porównaniu z tym, co od kilku lat wyczynia Antollin Alcaraz wraz z kolegami na przełomie kwietnia i maja. Nawet „Ucieczka do zwycięstwa” (1981) z Pele, Deyną i Stallonem nie jest tak dramatycznie wyreżyserowana jak nagłe wybuchy formy podopiecznych Roberto Martineza na finiszu rozgrywek. Sobotni tryumf w Pucharze Anglii był uwieńczeniem zjawiska podobnego do eksplozji supernowej. Ostatkiem swojej energii gwiazda rozbłyska pełną mocą na całą galaktykę, aby tylko umrzeć w ciągu tygodni bądź miesięcy…
Brutalnie mówiąc, to może być koniec Wigan. Klub mógł właśnie osiągnąć swój szczyt. Jeżeli w następną niedzielę spadnie z Premier League – a wszystko na to wskazuje – sukces, z którego się właśnie cieszy, może się już nigdy w historii nie powtórzyć.
Co dalej?
Martinez odejdzie do Evertonu, w ślad za nim bohaterowie finału – błyskotliwy Callum McManaman, odzyskujący formę Aruna Kone czy strzelec zwycięskiej bramki Ben Watson. Klub może i zagra w przyszłorocznej Lidze Europy, ale podobnie jak w przypadku Birmingham przed rokiem będzie to jedynie przerywnik w młocce Championship – prawdopodobnie najtrudniejszej lidze w Europie, do której spada się jak do otchłani.












