W czwartek obchodziłby 48. urodziny. Niestety Dariusz Marciniak przepił swoje życie i nie tylko. To kolejny przykład ogromnego talentu zatopionego w kieliszku. Niestety od reszty różni się tym, że wszystko skończyło się tragicznie.
Uchodził za jeden z największych talentów piłkarskich w Polsce, o ile nie w Europie. Choć nie najlepszy technicznie czy szybkościowo, miał to coś. Wychowanek Stali Rzeszów w 1984 trafił do Śląska Wrocław i tam zaczęła się jego zabawa.
Od małego uchodził za świetnego piłkarza, więc nie trudno się dziwić, że kadra była jego przeznaczeniem. W 1984 roku zdobył z kolegami brązowy medal mistrzostw Europy U-18. Gdy się na niego patrzyło, wydawało się, że to tylko początek sukcesów.
Wyrastał ponad wspaniałą generację piłkarzy, jednak zachowywał się jak wszyscy w tamtych latach. Tak samo jak grać, potrafił się dobrze bawić.
Przez lata nie przeszkadzało mu to, ponieważ charakteryzował się niesamowitą wydolnością, która pozwalała mu niwelować kaca itp. Potrafił całą noc chlać, a rano wyjść na boisko i grać lepiej od reszty.
Jego zaletą była gra w powietrzu oraz ustawianie się. Był prawdziwym lisem pola karnego. Jeśli dostał piłkę do nogi, robił, co chciał. Na murawie przypominał Gerda Mullera. Poza nią – Georga Besta.
Karierę robił w Polsce, w Śląsku i Zagłębiu Lubin. Był na tyle świetny, że nawet nieprzespane noce nie przeszkadzały mu w zdobywaniu bramek. Zdobył nad Wisłą m.in. mistrzostwo i Puchar. Otwierały się przed nim międzynarodowe stadiony. Nie dotarł do nich z dwóch powodów. Po pierwsze za czasów komunizmu trudno było opuścić nasz kraj. Ważniejsza była jednak druga przyczyna. On sam nie chciał wyjeżdżać, bo wiedział, że przy swoim stylu życia nie da sobie rady przy treningach.
A zgłaszał się po niego nie byle kto. Kilka razy do biura Śląska wpływały pisma z Realu Madryt czy Bayernu Monachium. Marciniak nie chciał jednak zmieniać swojego życia. Wyjechał dopiero po upadku komunizmu, jednak wtedy było już za późno.
Nie w głowie były mu treningi. Wolał balować razem z kolegami. Razem z nim przepadła świetna generacja piłkarzy z Dziekanowskim czy Iwanem na czele. Po upadku komunizmu zdołał wyjechać, jednak był już tak przepity, że zahaczał o jakieś słabe belgijskie i niemieckie kluby. Wszędzie wiedzieli o jego upodobaniach, ale wszystko nadrabiał grą. Niestety nawet przy dobrej dyspozycji nie miał szans na przebicie się do profesjonalnego zespołu.











