Tradycji stało się zadość. Piłkarze Red Bulls Nowy Jork odpadli z walki o MLS Cup po kolejnej porażce na własnym boisku, tym razem 1:2 z Houston Dynamo. Katem nowojorczyków był Omar Cummings, który zwycięską bramkę strzelił w 14. minucie dogrywki.
Houston Dynamo to obecny wicemistrz USA, który w fazie zasadniczej nie zachwycał, ale w play-offach jak zwykle spisuje się świetnie. Zawodnicy Red Bulls tymczasem mieli najlepszy sezon w historii klubu (zdobyli Supporters’ Shield dla drużyny, która zgromadziła największą liczbę punktów), lecz w fazie play-off ponownie zjadła ich presja. Trzy lata temu ekipa z Harrison uległa na Red Bull Arena San Jose Earthquakes 1:3, mimo że wcześniej z Kalifornii wywiozła cenne zwycięstwo 1:0. Rok później Nowy Jork dwukrotnie uległ Galaxy, a w 2012 roku z awansu na boisku w New Jersey cieszył się Nick DeLeon – napastnik znienawidzonego DC United – który zdobył jedynego gola w końcówce meczu rewanżowego (w pierwszym spotkaniu był remis 1:1).

W tym roku wydawało się, że karta wreszcie się odwróci. W obliczu słabszej dyspozycji Thierry’ego Henry’ego ciężar na swoje barki wziął Australijczyk Tim Cahill, który w pierwszym meczu półfinału konferencji wschodniej strzelił gola i zaliczył asystę. Po pierwszej połowie gracze Red Bulls prowadzili 2:0 i tylko katastrofa mogła im odebrać wejście do upragnionego finału. Trzy fatalne błędy obrońców – dwa gole i czerwona kartka – sprawiły, że kwestia awansu miała się rozstrzygnąć na Red Bull Arena.
Kibice gospodarzy przeczuwali pismo nosem. Przed spotkaniem wywiesili sektorówkę z napisem „Immortality is earned 90 minutes at a time”. Domagali się od swoich pupili walki i koncentracji przez całe spotkanie. Byli pełni obaw, bo awans powinien być zapewniony już w Houston, ale i nadziei, bo Cahill i spółka na własnym stadionie spisywali się w tym sezonie bardzo dobrze.
Zamiast huraganowych ataków od początku lepsze wrażenie sprawiali goście. Ich linia pomocy – z rutyniarzami: Bradem Davisem, Ricardo Clarkiem i reprezentantem Hondurasu Oscarem „Bońkiem” Garcią – funkcjonowała tak dobrze, że przez pierwszy kwadrans Nowy Jork prawie nie powąchał piłki. Już pierwsza akcja gospodarzy mogła dać im prowadzenie, jednak Bradley Wright-Phillips, zastępujący w podstawowej jedenastce Peguya Luyindulę, nie wykorzystał sytuacji sam na sam z Tallym Hallem po ładnym podaniu Henry’ego.
W 23. minucie Wright-Phillips zrewanżował się za wcześniejsze niepowodzenie. Po szybkiej akcji z prawej strony piłkę wrzucał Lloyd Sam. Tally Hall przeciął dośrodkowanie, ale popełnił fatalny błąd, wypuszczając piłkę z rąk. Doskoczył do niej Anglik i wpakował ją do pustej bramki. Stadion ryknął, białe ręczniki poszły w górę i ponad 20 tysięcy kibiców oszalało ze szczęścia.












