Oglądacie czasem te całe mistrzostwa Europy we Francji? Jeśli tak, to jak Bóg… to znaczy realizator pozwoli, zerknijcie czasem na vipowskie loże. Prawdziwa śmietanka. Prezesi, wiceprezesi, wiceprezesi wiceprezesów. Związkowa wierchuszka. A w samym środku głowy państw, których reprezentanci biegają po idealnie przystrzyżonej, zielonej niczym dolary będące profitem z wykonywanego zawodu, tfu, posługi, murawie.
Chleba i igrzysk – wołano w starożytnym Rzymie. I cesarz dawał, bo przecież nic nie jest droższe niż społeczne poparcie. Łatwiej być politykiem, nawet despotycznym, mając za sobą społeczeństwo. Współczesna historia zna przypadki, kiedy dzięki sportowym imprezom słupki poparcia dla polityków wystrzeliwały w górę lub dramatycznie pikowały. Na sporcie łatwo się wybić, ale PR-owe samobóje również są na porządku dziennym.
Włoska „potęga”
Z czym kojarzą wam się Włochy z lat 30. XX wieku? Z faszyzmem? Ciepło, ale może być o wiele cieplej. Z Czarnymi Koszulami? Prawie, prawie… Z Mussolinim? Bingo! Pionier totalitaryzmu na Półwyspie Apenińskim, człowiek, który przez długi czas imponował pewnemu dżentelmenowi z wąsem, o którym będzie jeszcze czas powiedzieć. Możecie jednak zapytać, co, do ciężkiej cholery, wspólnego ma Mussolini z futbolem. Ano ma, i to sporo.
Był rok 1934, piłkarski świat jeszcze raczkował, ale czasami stawiał nieśmiałe kroczki, opierając się o stolik z niezbyt ostrym kantem, by w razie upadku nie rozbić sobie łba. Drugi w historii mundial został zorganizowany we Włoszech. Bo tak chciał Duce. Impreza miała pokazać, że Italia to kraj prężny, potężny, zaawansowany technologicznie, zdolny do organizacji tak wielkiego przedsięwzięcia. Innymi słowy, Mussolini dał Włochom igrzyska – był niczym cezar.
Ale sama organizacja to za mało. Przecież nic tak nie łączy ludzi jak zwycięstwa. Reprezentanci „Squadra Azzurra” musieli wygrać. Nie było innej możliwości. Selekcjoner Vittorio Pozzo musiał zdobyć skalpy innych reprezentacji, jego podopieczni musieli unieść trofeum. Dla Włoch. Dla Włochów. Dla Duce.
I udało się.
Pozzo współpracował z Mussolinim, bo faszyzm podgrzewał uczucia narodowe.
Włosi zwyciężyli, a w państwie totalitarnym każde zwycięstwo to pretekst do propagandy sukcesu. Patrzcie na nas, jesteśmy najlepsi! Wrogowie, drżyjcie!
Po sukcesach piłkarzy miały przyjść sukcesy żołnierzy. Wierzył w to Mussolini, a w Mussoliniego wierzył naród. Jednak czas pokazał, że włoska siła militarna w porównaniu z tą piłkarską wyglądała dość… pierdołowato.
Żydowsko-masoński wymysł pokazem nazistowskiej siły
No, to przejdźmy do tego dżentelmena z wąsem. Jeśli komukolwiek udało się odgadnąć, że chodzi o Adolfa Hitlera, to przy wyjściu może odebrać talon na balon. Tak, na sam balon, tego drugiego zabrakło. Ale wróćmy do tematu.
Otóż ten przemiły pan, który budował autostrady i nie miał pojęcia o Holokauście, stanął w roku 1933 na czele dumnego narodu niemieckiego. Oczywiście z woli tegoż narod, został wybrany w demokratycznych wyborach, a PKW naszych zachodnich sąsiadów nie dopatrzyła się nieprawidłowości. Trzy lata później Niemcy, a właściwie III Rzesza organizowała igrzyska olimpijskie.
O co chodzi z tym wymysłem? Miały to być słowa samego Führera. Rok przed igrzyskami, w roku 1935, weszły w życie ustawy norymberskie, które zaostrzały rygor wobec ludności żydowskiej żyjącej na niemieckich terenach. Rozpoczęły się także prześladowania sportowców pochodzących, ujmijmy to górnolotnie, z Narodu Wybranego.
Jednak Hitler, jako człowiek bezsprzecznie inteligentny, szybko zorientował się, że taka impreza może posłużyć jako wyjątkowa okazja do PR-u, choć trudno powiedzieć, czy znano wtedy to zjawisko pod taką nazwą. Jakkolwiek irracjonalnie i absurdalnie to zabrzmi, dyktator pokazał ludzką twarz – na czas igrzysk zaprzestano działań antysemickich, powiedziano wyraźne „stop” w kierunku rasistowskich zachowań. Można powiedzieć, że na krótki czas III Rzesza stała się krajem normalnym.
Pompa, z jaką przeprowadzono igrzyska, była jak na tamte czasy nie do pojęcia. Pierwsze w historii transmisje telewizyjne, niesamowita ceremonia otwarcia. To był spektakularny pokaz nazistowskiej siły. Naród niemiecki, widząc, co dzieje się w centrum kraju, w stolicy, był przekonany o swojej potędze. Podobnie rzecz miała się na olimpijskich arenach. 89 medali dla niemieckich sportowców. Deklasacja.
Hitler pokazał, że III Rzesza to kraj taki sam jak inne. Tolerancyjny, dobrze zorganizowany, kraj, w którym prawa człowieka są przestrzegane co do joty.
Jednocześnie umocnił w narodzie poczucie siły. Igrzyska miały udowodnić, że aryjska rasa to rasa panów, rasa potężna, rasa nie do zwyciężenia. Sport był częścią kultury zachodniej, której Niemcy miały nadawać ton.
W 1940 roku igrzyska olimpijskie odbędą się jeszcze w Tokio. Ale potem, potem odbywać się będą po wsze czasy w Niemczech. Adolf Hitler
Węgierski Kaczyński zbawcą futbolu
Ponoć Viktor Orban chciał być piłkarzem. Ponoć jego idolem był Ferenc Puskas. Ponoć, gdyby nie brutalnie stłumiona w roku 1956 niepodległościowa rewolucja, dziś miałby pewne miejsce w piłkarskiej „Hall of fame”. Ale został politykiem. Jednakże o swojej pasji nie zapomniał.
Orban jest nacjonalistą, to oczywiste tak jak to, że najlepszym polskim skrzydłowym w historii był, jest i będzie Piotr Malinowski. Nacjonalistą innym niż ci, których przytoczyliśmy wyżej. Nacjonalistą nowoczesnym, ale z silnym przeświadczeniem, że naród to rzecz święta, o którą należy dbać i którą trzeba pielęgnować. Naród musi być silny, zjednoczony, a wcześniejsze przykłady pokazują, że nic tak nie łączy jak triumfy.
Piłka nożna nie ma sensu bez honoru i dumy narodowej. Viktor Orban
Węgrzy wirtuozami futbolu nie są. Ale solidnymi rzemieślnikami a i owszem. Jednak Orban poczynił kroki, które mają ten stan rzeczy zmienić. Jako polityk opozycji w roku 2004 założył fundację mającą wspierać system szkolenia na Węgrzech. Trzy lata później dzięki pieniężnemu wsparciu z tejże fundacji powstała w Felcsut, rodzinnym miejscu obecnego premiera Węgier, akademia piłkarska imienia Ferenca Puskasa.
– Ta akademia to najważniejsze dzieło mojego życia – mówi premier Węgier.
A plany nie kończą się na jednej akademii. Projekt rozbudowy wygląda doprawdy imponująco. Prace budowlane trwają w kilkudziesięciu węgierskich miastach i wioskach.
Czas pokaże, czy program odnowy węgierskiej piłki okaże się możliwy do zrealizowania. Akademia nawiązała współpracę z ukochanym klubem Orbana – Videotonem. My możemy tylko życzyć szczęścia, w końcu Polak, Węgier, dwa bratanki. Może za kilka lat w finale wielkiej imprezy spotkają się „produkty” ukształtowane w Narodowym Modelu Gry i węgierskiej akademii im. Puskasa.
PS Panie Orban, dzięki za Nikolicia!
Krążek zamiast piłki
Politycy pojawiają się na sportowych arenach nieco chętniej niż na sejmowych posiedzeniach czy w komisjach śledczych. Historyczne przykłady pokazują, że obecność na stadionach podnosi sondażowe słupki prawie tak dobrze jak Braveran słupki nieco innego rodzaju. I uprzedzamy pytania, nie wiemy tego z autopsji.
Ale czasem sport i kibice potrafią wbić szpilkę. Szpilę. Albo coś na kształt pala ustruganego dla Azji Tuchajbejowicza.
„Ministra” Mucha i wszystko jasne. Enjoy!
Francuska nacjonalistka w obronie Deschampsa
Sprawa braku powołania dla Karima Benzemy na Euro 2016 odbiła się szerokim echem w całym piłkarskim świecie. Przyczyny są znane – konflikt z Mathieu Valbueną w związku z ujawnieniem sekstaśmy francuskiego pomocnika.
Napastnik Realu Madryt powiedział niedawno, że selekcjoner reprezentacji Didier Deschamps uległ presji „rasistowskiej części Francji”. Prawicowe środowisko odpowiedziało z szybkością błyskawicy.
Benzema ukrywa swoją słabość za agresywnymi atakami skierowanymi w stronę francuskiego społeczeństwa. Marine La Pen
Ewidentny ukłon w stronę tych Francuzów, którzy jeszcze nie do końca się zradykalizowali, ale powoli zerkają i puszczają oczko w kierunku prawej strony politycznej sceny. Trzeba jednak przyznać, że ten ruch, przynajmniej według nas, był dość trafiony. Dlaczego?
Ano dlatego, że wiele mówi się o bezpieczeństwie na Euro. Paranoja związana z zamachami jest w pełni uzasadniona. Wiadomo także, że głównymi sprawcami mogą być muzułmanie, ludzie, którzy nie są z etnicznego punktu widzenia Francuzami – uchodźcy. Słowo „atak” połączone z „francuskim społeczeństwem” w kontekście Euro to strzał w PR-ową dziesiątkę.
Szkoda tylko, że w to wszystko został zamieszany Benzema, który tak naprawdę nie oskarżył Deschampsa o rasizm, ale jedynie stwierdził, że ten uległ presji.
Polityczna rozgrywka o piłkarskim zabarwieniu, odcinek 9812.
Posłanka w piłkarskim labiryncie
Na koniec świeża perełka. Ale taka perełka wzięta w cudzysłów, przemielona, przetarta, opluta. Perełka, która swoją brzydotą odpycha, obrzydza media społecznościowe jako broń w ręku polityków. Broń, całe szczęście, obosieczna. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie.
I, broń Boże, nie wieszczymy szanownej posłance Pawłowicz jakichś nieprzyjemności. Życzymy natomiast oświecenia i umiaru w wypowiadaniu się na tematy, o których nie ma pojęcia.
Sport nie był, nie jest i nie będzie apolityczny. Ale wykorzystywanie sportu do brudnych, nieuzasadnionych zagrywek to jednak zachowanie niegodne. Ale w końcu taka jest polityka.
Sport jednoczy, spaja, łączy. A politycy potrafią to wykorzystać. To żaden zarzut, w końcu każda forma identyfikowania się z narodem jest, z wyborczego punktu widzenia, słuszna. Jeśli ktoś wie, jak z tego korzystać, to chylimy czoła i ściągamy czapki z naszych głów.
Jednak czasem aż przykro patrzeć na to, jak politycy się o ten sport potykają, wywijają malowniczego kozła i z całym impetem wbijają swój łeb w twardy grunt kibicowskiej opinii publicznej.
W całym tym waszym ochydnym artykule chodziło tylko o ośmieszenie pani Pawłowicz. Jesteście bandą nieudaczników, którzy ze sportem i polskością nie mają nic wspólnego. Wstyd mi za was durne matołyżki.
B
Budyń
Myślę, że o wiele mniej z polskością ma osoba, która jest na bakier z ortografią. To dopiero „ochydne”, polecam lekturę słownika ortograficznego.
Ś
Śledzik
Przecież ona sama się skompromitowała matole!!!!
KK
Kuba Korona
Dokładnie, chodziło nam, a właściwie mojej skromnej osobie, żeby ją skompromitować. Właśnie dlatego znalazłem dla niej zaszczytne miejsce na końcu artykułu, właśnie dlatego poświęciłem jej około trzech zdań. W dodatku umieściliśmy ją w jednym szeregu z Mussolinim i Hitlerem, czyli uważamy, że jest członkiem totalitarnego ugrupowania, prawda?
Dobra, dość ironii. Pani posłanka Pawłowicz powinna wiedzieć, że za wpisy, zwłaszcza te idiotyczne, w mediach społecznościowych, promowane własną twarzą i własnym nazwiskiem się płaci.
Dodaj komentarz
Oglądacie czasem te całe mistrzostwa Europy we Francji? Jeśli tak, to jak Bóg… to znaczy realizator pozwoli, zerknijcie czasem na vipowskie loże. Prawdziwa śmietanka. Prezesi, wiceprezesi, wiceprezesi wiceprezesów. Związkowa wierchuszka. A w samym środku głowy państw, których reprezentanci biegają po idealnie przystrzyżonej, zielonej niczym dolary będące profitem z wykonywanego zawodu, tfu, posługi, murawie.
Chleba i igrzysk – wołano w starożytnym Rzymie. I cesarz dawał, bo przecież nic nie jest droższe niż społeczne poparcie. Łatwiej być politykiem, nawet despotycznym, mając za sobą społeczeństwo. Współczesna historia zna przypadki, kiedy dzięki sportowym imprezom słupki poparcia dla polityków wystrzeliwały w górę lub dramatycznie pikowały. Na sporcie łatwo się wybić, ale PR-owe samobóje również są na porządku dziennym.
Włoska „potęga”
Z czym kojarzą wam się Włochy z lat 30. XX wieku? Z faszyzmem? Ciepło, ale może być o wiele cieplej. Z Czarnymi Koszulami? Prawie, prawie… Z Mussolinim? Bingo! Pionier totalitaryzmu na Półwyspie Apenińskim, człowiek, który przez długi czas imponował pewnemu dżentelmenowi z wąsem, o którym będzie jeszcze czas powiedzieć. Możecie jednak zapytać, co, do ciężkiej cholery, wspólnego ma Mussolini z futbolem. Ano ma, i to sporo.
Był rok 1934, piłkarski świat jeszcze raczkował, ale czasami stawiał nieśmiałe kroczki, opierając się o stolik z niezbyt ostrym kantem, by w razie upadku nie rozbić sobie łba. Drugi w historii mundial został zorganizowany we Włoszech. Bo tak chciał Duce. Impreza miała pokazać, że Italia to kraj prężny, potężny, zaawansowany technologicznie, zdolny do organizacji tak wielkiego przedsięwzięcia. Innymi słowy, Mussolini dał Włochom igrzyska – był niczym cezar.
Ale sama organizacja to za mało. Przecież nic tak nie łączy ludzi jak zwycięstwa. Reprezentanci „Squadra Azzurra” musieli wygrać. Nie było innej możliwości. Selekcjoner Vittorio Pozzo musiał zdobyć skalpy innych reprezentacji, jego podopieczni musieli unieść trofeum. Dla Włoch. Dla Włochów. Dla Duce.
I udało się.
Pozzo współpracował z Mussolinim, bo faszyzm podgrzewał uczucia narodowe.
Włosi zwyciężyli, a w państwie totalitarnym każde zwycięstwo to pretekst do propagandy sukcesu. Patrzcie na nas, jesteśmy najlepsi! Wrogowie, drżyjcie!
Po sukcesach piłkarzy miały przyjść sukcesy żołnierzy. Wierzył w to Mussolini, a w Mussoliniego wierzył naród. Jednak czas pokazał, że włoska siła militarna w porównaniu z tą piłkarską wyglądała dość… pierdołowato.
Żydowsko-masoński wymysł pokazem nazistowskiej siły
No, to przejdźmy do tego dżentelmena z wąsem. Jeśli komukolwiek udało się odgadnąć, że chodzi o Adolfa Hitlera, to przy wyjściu może odebrać talon na balon. Tak, na sam balon, tego drugiego zabrakło. Ale wróćmy do tematu.
Otóż ten przemiły pan, który budował autostrady i nie miał pojęcia o Holokauście, stanął w roku 1933 na czele dumnego narodu niemieckiego. Oczywiście z woli tegoż narod, został wybrany w demokratycznych wyborach, a PKW naszych zachodnich sąsiadów nie dopatrzyła się nieprawidłowości. Trzy lata później Niemcy, a właściwie III Rzesza organizowała igrzyska olimpijskie.
O co chodzi z tym wymysłem? Miały to być słowa samego Führera. Rok przed igrzyskami, w roku 1935, weszły w życie ustawy norymberskie, które zaostrzały rygor wobec ludności żydowskiej żyjącej na niemieckich terenach. Rozpoczęły się także prześladowania sportowców pochodzących, ujmijmy to górnolotnie, z Narodu Wybranego.
Jednak Hitler, jako człowiek bezsprzecznie inteligentny, szybko zorientował się, że taka impreza może posłużyć jako wyjątkowa okazja do PR-u, choć trudno powiedzieć, czy znano wtedy to zjawisko pod taką nazwą. Jakkolwiek irracjonalnie i absurdalnie to zabrzmi, dyktator pokazał ludzką twarz – na czas igrzysk zaprzestano działań antysemickich, powiedziano wyraźne „stop” w kierunku rasistowskich zachowań. Można powiedzieć, że na krótki czas III Rzesza stała się krajem normalnym.
Pompa, z jaką przeprowadzono igrzyska, była jak na tamte czasy nie do pojęcia. Pierwsze w historii transmisje telewizyjne, niesamowita ceremonia otwarcia. To był spektakularny pokaz nazistowskiej siły. Naród niemiecki, widząc, co dzieje się w centrum kraju, w stolicy, był przekonany o swojej potędze. Podobnie rzecz miała się na olimpijskich arenach. 89 medali dla niemieckich sportowców. Deklasacja.
Hitler pokazał, że III Rzesza to kraj taki sam jak inne. Tolerancyjny, dobrze zorganizowany, kraj, w którym prawa człowieka są przestrzegane co do joty.
Jednocześnie umocnił w narodzie poczucie siły. Igrzyska miały udowodnić, że aryjska rasa to rasa panów, rasa potężna, rasa nie do zwyciężenia. Sport był częścią kultury zachodniej, której Niemcy miały nadawać ton.
W 1940 roku igrzyska olimpijskie odbędą się jeszcze w Tokio. Ale potem, potem odbywać się będą po wsze czasy w Niemczech. Adolf Hitler
Węgierski Kaczyński zbawcą futbolu
Ponoć Viktor Orban chciał być piłkarzem. Ponoć jego idolem był Ferenc Puskas. Ponoć, gdyby nie brutalnie stłumiona w roku 1956 niepodległościowa rewolucja, dziś miałby pewne miejsce w piłkarskiej „Hall of fame”. Ale został politykiem. Jednakże o swojej pasji nie zapomniał.
Orban jest nacjonalistą, to oczywiste tak jak to, że najlepszym polskim skrzydłowym w historii był, jest i będzie Piotr Malinowski. Nacjonalistą innym niż ci, których przytoczyliśmy wyżej. Nacjonalistą nowoczesnym, ale z silnym przeświadczeniem, że naród to rzecz święta, o którą należy dbać i którą trzeba pielęgnować. Naród musi być silny, zjednoczony, a wcześniejsze przykłady pokazują, że nic tak nie łączy jak triumfy.
Piłka nożna nie ma sensu bez honoru i dumy narodowej. Viktor Orban
Węgrzy wirtuozami futbolu nie są. Ale solidnymi rzemieślnikami a i owszem. Jednak Orban poczynił kroki, które mają ten stan rzeczy zmienić. Jako polityk opozycji w roku 2004 założył fundację mającą wspierać system szkolenia na Węgrzech. Trzy lata później dzięki pieniężnemu wsparciu z tejże fundacji powstała w Felcsut, rodzinnym miejscu obecnego premiera Węgier, akademia piłkarska imienia Ferenca Puskasa.
– Ta akademia to najważniejsze dzieło mojego życia – mówi premier Węgier.
A plany nie kończą się na jednej akademii. Projekt rozbudowy wygląda doprawdy imponująco. Prace budowlane trwają w kilkudziesięciu węgierskich miastach i wioskach.
Czas pokaże, czy program odnowy węgierskiej piłki okaże się możliwy do zrealizowania. Akademia nawiązała współpracę z ukochanym klubem Orbana – Videotonem. My możemy tylko życzyć szczęścia, w końcu Polak, Węgier, dwa bratanki. Może za kilka lat w finale wielkiej imprezy spotkają się „produkty” ukształtowane w Narodowym Modelu Gry i węgierskiej akademii im. Puskasa.
PS Panie Orban, dzięki za Nikolicia!
Krążek zamiast piłki
Politycy pojawiają się na sportowych arenach nieco chętniej niż na sejmowych posiedzeniach czy w komisjach śledczych. Historyczne przykłady pokazują, że obecność na stadionach podnosi sondażowe słupki prawie tak dobrze jak Braveran słupki nieco innego rodzaju. I uprzedzamy pytania, nie wiemy tego z autopsji.
Ale czasem sport i kibice potrafią wbić szpilkę. Szpilę. Albo coś na kształt pala ustruganego dla Azji Tuchajbejowicza.
„Ministra” Mucha i wszystko jasne. Enjoy!
Francuska nacjonalistka w obronie Deschampsa
Sprawa braku powołania dla Karima Benzemy na Euro 2016 odbiła się szerokim echem w całym piłkarskim świecie. Przyczyny są znane – konflikt z Mathieu Valbueną w związku z ujawnieniem sekstaśmy francuskiego pomocnika.
Napastnik Realu Madryt powiedział niedawno, że selekcjoner reprezentacji Didier Deschamps uległ presji „rasistowskiej części Francji”. Prawicowe środowisko odpowiedziało z szybkością błyskawicy.
Benzema ukrywa swoją słabość za agresywnymi atakami skierowanymi w stronę francuskiego społeczeństwa. Marine La Pen
Ewidentny ukłon w stronę tych Francuzów, którzy jeszcze nie do końca się zradykalizowali, ale powoli zerkają i puszczają oczko w kierunku prawej strony politycznej sceny. Trzeba jednak przyznać, że ten ruch, przynajmniej według nas, był dość trafiony. Dlaczego?
Ano dlatego, że wiele mówi się o bezpieczeństwie na Euro. Paranoja związana z zamachami jest w pełni uzasadniona. Wiadomo także, że głównymi sprawcami mogą być muzułmanie, ludzie, którzy nie są z etnicznego punktu widzenia Francuzami – uchodźcy. Słowo „atak” połączone z „francuskim społeczeństwem” w kontekście Euro to strzał w PR-ową dziesiątkę.
Szkoda tylko, że w to wszystko został zamieszany Benzema, który tak naprawdę nie oskarżył Deschampsa o rasizm, ale jedynie stwierdził, że ten uległ presji.
Polityczna rozgrywka o piłkarskim zabarwieniu, odcinek 9812.
Posłanka w piłkarskim labiryncie
Na koniec świeża perełka. Ale taka perełka wzięta w cudzysłów, przemielona, przetarta, opluta. Perełka, która swoją brzydotą odpycha, obrzydza media społecznościowe jako broń w ręku polityków. Broń, całe szczęście, obosieczna. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie.
I, broń Boże, nie wieszczymy szanownej posłance Pawłowicz jakichś nieprzyjemności. Życzymy natomiast oświecenia i umiaru w wypowiadaniu się na tematy, o których nie ma pojęcia.
Sport nie był, nie jest i nie będzie apolityczny. Ale wykorzystywanie sportu do brudnych, nieuzasadnionych zagrywek to jednak zachowanie niegodne. Ale w końcu taka jest polityka.
Sport jednoczy, spaja, łączy. A politycy potrafią to wykorzystać. To żaden zarzut, w końcu każda forma identyfikowania się z narodem jest, z wyborczego punktu widzenia, słuszna. Jeśli ktoś wie, jak z tego korzystać, to chylimy czoła i ściągamy czapki z naszych głów.
Jednak czasem aż przykro patrzeć na to, jak politycy się o ten sport potykają, wywijają malowniczego kozła i z całym impetem wbijają swój łeb w twardy grunt kibicowskiej opinii publicznej.