Stare porzekadło mówi, że dzieci i ryby głosu nie mają. Przykład Euro pokazuje, że kibice w Łodzi również…
Rynek Manufaktury w Łodzi, wtorek, kilka minut przed godziną 22:00. Na prawym skrzydle piłkę otrzymuję Kuba Błaszczykowski, pięknie schodzi do środka i niczym Kupidyn posyła futbolową strzałę, która ze świstem przecina powietrze i ląduje tuż przy słupku rosyjskiej bramki. Gigantyczny ryk kilkudziesięciu tysięcy ludzi zlewa się w jedną całość. Nieprzebrany rozmiar euforii, która oto wyraża się w najrozmaitszych formach. Krzyki, śpiewy, łzy szczęścia, podskoki, tańce i litry piwa lądujące w gardzieli co bardziej krewkich kibiców. Ogólna wrzawa. – A więc oni też tu są? Ich także stać na niekontrolowany upust radości? – pytam sam siebie. W końcu przez pierwszą godzinę to morze złożone z ludzkich postaci trwało w bezruchu, milcząco obserwując zmieniające się na telebimie obrazki. Jak gdyby armia terakotowa po ponad dwóch tysiącach lat znalazła swe nowe oblicze. Zero odzewu, zero dopingu. Pełna, duchowa kontemplacja.
W Łodzi klimatu Euro zwyczajnie nie ma. Nie widać radośnie skandujących grup kibiców z zagranicy, nie ma godzinami dyskutujących jegomości, którzy żarliwie przekonują o swych racjach. Piwo nie leje się strumieniami, a ogródki przy słynnej ulicy Piotrkowskiej wcale nie są pełne. Jasne, od czasu do czasu można spotkać kogoś, kto przebrany w koszulkę Hiszpanii, Chorwacji czy Irlandii dumnie wypina swą pierś, ale to obrazek rzadki. Zbyt rzadki. Dobrym podsumowaniem braku zainteresowania mistrzostwami w mieście włókniarzy było wczorajsze spotkanie Holandii z Niemcami. Klasyk, co się zowie! A tymczasem w strefie kibica w Porcie Łódź (drugie co do wielkości centrum handlowe w mieście) pustki takie, że człowiek się zastanawia, czy przypadkiem nie odwołano turnieju. Wygodne pufy w kształcie piłek z tęsknotą wyczekują żądnych emocji sportowych kibiców, ale ci się nie zjawiają. Ochrona leniwie spogląda wokół siebie, a Gilewicz tłumaczy, że teraz to już Holandia przegrała z kretesem. A Łódź razem z nią.
– O co właściwie chodzi? Dlaczego tutaj tak jest? – zastanawiam się, ale odpowiedzi zwyczajnie nie znam. Wiadomo, że siłą rzeczy klimat mistrzostw w miastach innych niż te, które są gospodarzami Euro, nie będzie tak odczuwalny, ale jednak oczekiwałoby się czegoś więcej. W końcu Łódź nierozerwalnie ze sportem związana jest od dziesiątek lat, a i sukcesów ma co niemiara. Tradycje są zatem bardzo bogate, a mimo wszystko coś jest nie tak. To jakoś nie działa. Niestety. A wspomniane na początku tekstu morze „kibiców”? No cóż, po bezwarunkowym akcie spontanicznej euforii na nowo przybiera swoją dobrze znaną formę. Raz jeszcze tłum gapiów biernie ogląda spotkanie. Pół godziny absolutnej zadumy. A po meczu wszyscy rozchodzą się do domu. W milczeniu. Tak na wszelki wypadek…









