Nad powyższym pytaniem trzeba się poważnie zastanowić. Czy to bowiem, co zobaczyliśmy przez ostatnie 270 ligowych minut, oddaje rzeczywistą siłę świeżo upieczonego spadkowicza ekstraklasy? „Miedzianka” przed startem sezonu niewątpliwie dysponowała atutem w postaci pole-position jako naturalny faworyt do mistrzostwa, ale (jak to w Formule 1 bywa) to nie oznacza nic, jeśli dasz wyprzedzić się rywalom. Tych do poważnej rywalizacji jest kilku, co może niepokoić, bo Miedź Legnica jeszcze nie zaliczyła wizyty u egzorcysty. Wciąż straszą ja stare demony.
Mówiąc o starych i powracających demonach, być może zbijam kibiców legnickiego klubu z tropu, ale już spieszę z wytłumaczeniem. Pytanie pierwsze i ostatnie: co było największym mankamentem zespołu Dominika Nowaka po awansie na najwyższy poziom rozgrywkowy w Polsce? Takim, z którym boryka się obecnie ŁKS? [W tym momencie zapada kurtyna żalu]. Żal? Rozgoryczenie? Niesmak? A może zawód? Tak, najlepszym słowem będzie zawód, bo właśnie to uczucie mogło towarzyszyć sympatykom „Miedzianki”, kiedy w ich świadomości powstawała myśl, że gdyby ich ulubieńcy dysponowali minimalnie lepszymi zasiekami obronnymi, ich kolejnym spotkaniem ligowym nie byłoby starcie z Sosnowcem, a Wisłą Kraków.
Miedź Legnica i jej pięta achillesowa – będzie problemem w walce o awans?
Co ciekawe, kiedy ostatnim razem (czyli w mistrzowskim sezonie 2017/2018) Miedź rozpoczynała kampanię na zapleczu ekstraklasy, robiła to w podobny sposób, co teraz. Mianowicie remis 0:0 w pierwszej kolejce, a później dwa zwycięstwa. Czwartym spotkaniem z kolei był – nomen omen – przeciwnik, z którym legniczanie mierzą się dzisiaj (Zagłębie Sosnowiec). Historia zatacza koło i oba kluby ponownie awansują? Kto wie!










