Miedź Legnica robi swoje, ale póki co bez fajerwerków


Trzy kolejki - siedem punktów. Początek godny mistrza! Ale czy Miedź Legnica pokazała już swoją najlepszą wersję?

17 sierpnia 2019 Miedź Legnica robi swoje, ale póki co bez fajerwerków
Krzysztof Porębski / PressFocus

Nad powyższym pytaniem trzeba się poważnie zastanowić. Czy to bowiem, co zobaczyliśmy przez ostatnie 270 ligowych minut, oddaje rzeczywistą siłę świeżo upieczonego spadkowicza ekstraklasy? "Miedzianka" przed startem sezonu niewątpliwie dysponowała atutem w postaci pole-position jako naturalny faworyt do mistrzostwa, ale (jak to w Formule 1 bywa) to nie oznacza nic, jeśli dasz wyprzedzić się rywalom. Tych do poważnej rywalizacji jest kilku, co może niepokoić, bo Miedź Legnica jeszcze nie zaliczyła wizyty u egzorcysty. Wciąż straszą ja stare demony.


Udostępnij na Udostępnij na

Mówiąc o starych i powracających demonach, być może zbijam kibiców legnickiego klubu z tropu, ale już spieszę z wytłumaczeniem. Pytanie pierwsze i ostatnie: co było największym mankamentem zespołu Dominika Nowaka po awansie na najwyższy poziom rozgrywkowy w Polsce? Takim, z którym boryka się obecnie ŁKS? [W tym momencie zapada kurtyna żalu]. Żal? Rozgoryczenie? Niesmak? A może zawód? Tak, najlepszym słowem będzie zawód, bo właśnie to uczucie mogło towarzyszyć sympatykom „Miedzianki”, kiedy w ich świadomości powstawała myśl, że gdyby ich ulubieńcy dysponowali minimalnie lepszymi zasiekami obronnymi, ich kolejnym spotkaniem ligowym nie byłoby starcie z Sosnowcem, a Wisłą Kraków.

 

Miedź Legnica i jej pięta achillesowa – będzie problemem w walce o awans?

Co ciekawe, kiedy ostatnim razem (czyli w mistrzowskim sezonie 2017/2018) Miedź rozpoczynała kampanię na zapleczu ekstraklasy, robiła to w podobny sposób, co teraz. Mianowicie remis 0:0 w pierwszej kolejce, a później dwa zwycięstwa. Czwartym spotkaniem z kolei był – nomen omen – przeciwnik, z którym legniczanie mierzą się dzisiaj (Zagłębie Sosnowiec). Historia zatacza koło i oba kluby ponownie awansują? Kto wie!

Wracając do meritum, gdy spojrzymy na obecny start rozgrywek Miedzi i porównamy go z wcześniejszymi, nie ma powodów do niepokoju. A przynajmniej tak się wydaje, jeśli bierzemy pod uwagę wyłącznie liczby. Dlaczego więc poruszam w ogóle tę kwestię? Z prostego powodu: Miedź Legnica w fazie defensywnej nie zmieniła się na tyle, by z pełnym przekonaniem stwierdzić, że w razie powrotu do ekstraklasy nie powtórzy się ta sama historia (65 straconych bramek w 37 kolejkach).

Tego typu obawa będzie uzasadniona tym bardziej, im częściej defensorzy Miedzi będą popełniać niewytłumaczalne błędy. Choćby jak ten Grzegorza Bartczaka czy Łukasza Załuski w meczu z Chrobrym Głogów. Wówczas o mały włos, a kiksy rodem z najczarniejszych koszmarów zamieniłyby się w prezenty w postaci goli dla przeciwnika. Owe momenty dekoncentracji dawały się we znaki w poprzednim sezonie (przez to m.in Miedź Legnica zanotowała jedynie dwa czyste konta w pierwszych piętnastu kolejkach) i póki co bez większych konsekwencji dają o sobie znać również teraz. Nie ma zatem zauważalnego progresu, a trzeba oczekiwać, że takowy być powinien. Tym bardziej, że „przody” zespołu nie zawsze potrafią nadrobić straty (w zeszłej kampanii Miedź była najgorszą ekipą w ESA pod względem liczby strzelonych bramek – 40).

 

Defensywa elektryczna, ale co z ofensywą bez Forsella?

Bilans bramkowy 40-65 dawał powody do długiego namysłu. Czy zostały po nim wyciągnięte wnioski? To sie dopiero okaże, ale po pierwszych trzech kolejkach nowego sezonu chyba możemy powiedzieć, że nie zadbano o to, by konto legniczan obfitowało w zdobycze strzeleckie (pudło Sabali z ostatniej kolejki mogło wyryć się w pamięci). Jakie są fakty? Sabala (nowy nabytek, świeży król strzelców) – 0 goli. Ojamaa – gol i asysta (miałby dwie, z czego jedną ala Messi, gdyby nie łotewski napastnik), Marquitos – gol (świetne wejście w sezon), Mislov – gol (rezerwowy). Forsell? Forsella nie ma…

I tu zaczynają się schody, ponieważ najlepszy i najbardziej wartościowy piłkarz pod względem obsady zarówno pozycji napastnika, jak i „dziesiątki” – wyjechał do Finlandii. I wprawia w zachwyt tamtejszych kibiców! W przeciwieństwie do kibiców „Miedzianki”, którzy mogą czuć niepokój. Niepokój spowodowany tym, że gwarancja kilkunastu bramek na sezon została pożyczona komuś innemu (gwarancja działa – dwa gole i trzy asysty 28-letniego Fina w nowym klubie).

 

W obliczu sytuacji, w której Valerijs Sabala nie może się przełamać, a główne akcenty ofensywne spoczywają na barkach Henrika Ojamyy, który na warunki 1. ligowe jest piłkarzem bardzo dobrym, ale w ostatnich latach nie strzelił więcej niż sześć goli w ciągu jednego roku – trener Dominik Nowak na pewnym etapie sezonu może wejść w poważne tarapaty. Bo jeśli Sabala nie zacznie strzelać, Miedź Legnica będzie miała problem z odrabianiem strat popełnionych przez elektryczną defensywę. Brzmi znajomo? Trudno oprzeć się wrażeniu, że jeden z kandydatów do zdobycia mistrzostwa Fortuny 1. ligi jest jak kolos, który na pierwszy rzut oka robi wrażenie, ale tak naprawdę chwieje się na chudych nogach. I oczywiście nie musi tak być, bo legnicki klub ma wszystko, by ponownie zatriumfować na pozycji lidera.

 

Zapraszamy do lektury skarbu kibica Miedzi Legnica

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze
Newsletter piłkarski