Po bardzo dobrym meczu ostatecznie reprezentacja Meksyku pokonała pewnie francuskie „Koguty” 2:0. Dzięki tym trzem punktom, w następnym meczu tej grupy: Urugwaj – Meksyk wystarczy remis, aby odesłać „Trójkolorowych” do domu.
Od samego początku spotkania lepsze wrażenie sprawiali Meksykanie. Już w 3. minucie po pierwszym gwizdku Dos Santos uderzył w słupek bramki Llorisa. Jednak po chwili sędzia liniowy podniósł chorągiewkę w geście oznaczającym pozycję spaloną. Pięć minut później wspaniałym przeglądem pola popisał się Marquez, którego podanie uruchomiło Carlosa Vele. Będąc bardzo blisko bramki, Meksykanin zdecydował się uderzyć prosto z powietrza i poważnie chybił. Wystarczyło podać do lepiej ustawionego kolegi.

Napór piłkarzy z Ameryki Środkowej trwał. W 11. minucie swojej szansy nie wykorzystał Franco. Udało mu się położyć na murawę Abidala, ale nie trafił w bramkę. Przez pierwszy kwadrans „Trójkolorowi” pozwolili na bardzo wiele swojemu przeciwnikowi. Głównie za sprawą gry swoich obrońców, duetu Gallas – Abidal, który popełnił dwa poważne błędy.
Przez pierwsze 20 minut przewagę mieli piłkarze Aguirre. Grali szybko, dokładnie, a długie piłki do napastników tworzyły nie lada zamieszanie w szykach francuskiej obrony. Później sytuacja boiskowa się uspokoiła. To Francuzi operowali piłką i krok po kroku przybliżali się w stronę bramki przeciwnika. Jednak w 26. minucie indywidualną akcją popisał się Salcido. Po ograniu dwóch rywali wpadł w pole karne i z ostrego kąta oddał strzał wprost w bramkarza „Kogutów”.
Na boisku zameldował się jeszcze Barrera, który zastąpił kontuzjowanego Velę. Podczas tych bardzo ciekawych 45 minut, które obejrzeliśmy, zdecydowanie lepiej zaprezentował się Meksyk. Piłkarze z Ameryki Środkowej grali szybki, efektowny futbol. Często zmieniali strony boiska długimi przerzutami lub w ten sposób szukali Franco. Francuzi mogą dziękować, że nie skończyli pierwszej części przegrywając, bo ochoty do gry „Trójkolorowi” nie mieli za grosz.
Wraz z gwizdkiem rozpoczynającym drugą odsłonę na placu gry zameldował się napastnik francuskiej Toulouse – Andre Pierre-Gignac. Do szatni zszedł całkiem bezproduktywny Anelka. Sytuacja boiskowa nie uległa zmianie. Tempo stało się troszkę wolniejsze, ale dalej przewagę, nie tylko optyczną, mieli piłkarze Javiera Aguirre. Przez 15 minut żadna z drużyn nie stworzyła klarownej sytuacji do strzelenia bramki.
W końcu jednak stało się to, co powinno już dużo wcześniej. Trenerskim nosem wykazał się szkoleniowiec Meksyku. W 55. minucie wprowadził na boisko Javiera Hernandeza. Ten niecałe dziesięć minut później odpłacił się trenerowi bramką. Po pięknym podaniu za plecy obrońcy popisał się rozgrywający świetne zawody Marquez. Bardzo spóźniony Abidal nie zdołał zastawić prawidłowej pułapki ofsajdowej. Javier Hernandez odebrał piłkę na klatkę piersiową i będąc oko w oko z Hugo Llorisem, okiwał bramkarza. Trafiając do pustej bramki, wprowadził trybuny w szaleństwo. Bramka dla Meksyku wisiała w powietrzu już od dawna. W końcu piłkarze z Ameryki Środkowej udokumentowali swoją znaczną przewagę.









