Nie możemy powiedzieć, że Marcos Alvarez jest słabym piłkarzem, a jednak zawodzi. Niektórzy postrzegają go nawet jako największe rozczarowanie transferowe w PKO Ekstraklasie. W końcu rzadko się zdarza, że do naszej ligi przychodzi gwiazda zespołu 2. Bundesligi. Takową był przecież Niemiec w Osnabrück. Przyszedł do Krakowa i pokazał, że ma umiejętności. Szkoda tylko, że swojej Cracovii nie pomógł w zdobyciu większej liczby punktów.
Ekstraklasa potrafi weryfikować piłkarzy. Bardzo często okazuje się, że ci, którzy mieli brylować i zdobywać bramki, lądują w jedenastkach wpadek transferowych lub memach. Tak to już bywa u nas w Polsce. Marcos Alvarez, przychodząc do Cracovii, miał status gwiazdy. I to nie na wyrost. Regularnie udowadniał w Niemczech, że jest w stanie ponieść drużynę do zwycięstwa. To w takim razie co się stało, że się zepsuło, a Alvarez ma zaledwie trzy bramki i dwie asysty? Przypominamy – miał zostać gwiazdą ligi. Z takimi statystykami raczej nie został.
Przyjęty po królewsku
Większość wcześniej wspomnianych niewypałów transferowych to ludzie już na dorobku, którzy traktują propozycje z Polski jako możliwość dodatkowego zarobku, a przy okazji zwiedzą sobie nowe państwo. Niestety takich przypadków jest bardzo dużo. Marcos Alvarez to jednak nie ta sytuacja. Niemcowi o andaluzyjskich korzeniach w czerwcu ubiegłego roku kończył się kontrakt z VFL Osnabrück. W niemieckim drugoligowcu nie był to jednak człowiek od odcinania kuponów. Raczej gwiazda zespołu z 13 bramkami na koniec sezonu. No po prostu miał być kozakiem.
W ogóle przekonanie jego do gry w Polsce było bardzo trudne. Cracovia, aby osiągnąć porozumienie, przywitała go po królewsku, a na stole pojawił się dymiący tatar. To wszystko w restauracji żony właściciela Cracovii. Nieważne jak, ale udało się sprowadzić najlepszego strzelca 13. drużyny 2. Bundesligi. Oprócz tego według „Przeglądu Sportowego” zaproponowano mu niezłą wypłatę. Najwyższą w Cracovii.
Zanim mogliśmy oglądać Niemca na polskich boiskach, Michał Probierz musiał wykonać setki, jak nie tysiące telefonów. W tym do Paula Grischoka, kolegi Alvareza, który przekonał go do ostatecznego przyjazdu do Polski. Będziemy to powtarzać jak mantrę. Do Cracovii przyjechał dziesiąty strzelec zaplecza Bundesligi, choć nie jest typowym snajperem. Na papierze wyglądał zdecydowanie lepiej od choćby Mikaela Ishaka. Pójdźmy nawet krok dalej. To była bomba transferowa. Jak się okazało, z dużej chmury mały deszcz.











