Odpowiedzi na to pytanie można szukać w kilku rzeczach. Po pierwsze, historia, która jeśli chodzi o mecze z gospodarzami wielkich imprez, w XXI wieku jest dla nas nieubłagana. Po drugie, mocna drużyna „Trójkolorowych”. I po trzecie, znane na całym świecie stwierdzenie, że gospodarzom pomagają ściany, które swoje odniesienie ma także w rzeczywistości.
Rozpocznijmy od roku 2002 i pierwszego po 16 latach mundialu z udziałem naszej reprezentacji odbywającego się wówczas po raz pierwszy w historii w Azji, w Korei Południowej oraz Japonii. Po efektownie wygranych eliminacjach i zakwalifikowaniu się na turniej jako pierwsza drużyna w Europie ówczesny selekcjoner, Jerzy Engel, szumnie zapowiadał, że jedziemy po złoto.
Już w pierwszym meczu, przeciwko Korei Południowej, zostaliśmy brutalnie sprowadzeni na ziemię. Z wyjątkiem pierwszych 15 minut meczu, podopieczni Guusa Hiddinka całkowicie nas zdominowali. W efekcie porażka i już od początku trudna sytuacja w kontekście wyjścia z grupy. Następnie rozstrzelanie polskiej bramki przez Pedro Pauletę i dobrze w Polsce znany, zwycięski mecz o honor ze Stanami Zjednoczonymi. Jednak to porażka z Azjatami miała decydujący wpływ na szybkie odpadnięcie Polaków z turnieju. To właśnie od pokonania teoretycznie najsłabszej drużyny w grupie Polacy mieli rozpocząć udany mundial. Nikt w Polsce nie przypuszczał, że możemy nie podołać Koreańczykom.
Przyczyn tamtej porażki należy upatrywać głównie w braku selekcji. Jerzy Engel postawił na sprawdzone przez siebie nazwiska, nie mając na uwadze, że wielu z powołanych przez niego zawodników w ogóle nie grało w klubie. Nie potrafił także wymyślić żadnych nowinek taktycznych, które mogłyby zaskoczyć rywali.
Cztery lata później, po równie efektownych w naszym wykonaniu eliminacjach, jechaliśmy z pozytywnym nastawieniem na Weltmeisterschaft 2006. Pawłowi Janasowi, przez trzy lata dowodzenia kadrą narodową, nie wyszło tylko jedno spotkanie, niestety najważniejsze… Po sensacyjnie przegranym meczu z Ekwadorem (0:2) przyszedł czas na mecz o wszystko, z piekielnie silną reprezentacją Niemiec.
I kolejna porażka z gospodarzami. Jednak za tamten mecz nie można mieć większych pretensji do polskich zawodników, walczyli jak mogli. Szczególnie Ireneusz Jeleń, który swoim wygranym pojedynkiem szybkościowym z najszybszym wtedy piłkarzem Bundesligi, Davidem Odonkorem, zapadł w pamięci największych koneserów reprezentacyjnej piłki.
Największymi winowajcami porażki w Dortmundzie zostali okrzyknięci Radosław Sobolewski (za czerwoną kartkę) oraz Dariusz Dudka (za niepokrycie Neuville’a). Przegrana z Niemcami dopełniła to, co po meczu z Ekwadorem było nieuniknione, znów pożegnanie się z turniejem po fazie grupowej.











