Zamiast pewnych zwycięstw – wymęczone wygrane. Zamiast składnych, kombinacyjnych i szybkich akcji ofensywnych – powolne rozgrywanie piłki. Liverpool oraz Manchester City przestali zachwycać widowiskowym futbolem, dzięki któremu zdobyli uznanie kibiców i ekspertów na całym świecie. Obecnie nadal pokonują rywali, jednak już bez błysku, jakby na zaciągniętym hamulcu ręcznym. Czy oba zespoły dotknął syndrom nasycenia triumfami?
Bardzo często w kontekście Jose Mourinho poruszany jest temat tzw. trzeciego sezonu. Według niektórych przeklętej kampanii, w trakcie której pomysł portugalskiego menedżera na drużynę jakby się wyczerpuje. Wszystko się sypie, a zespół, który prezentował świetną dyspozycję i wygrywał trofea, jest cieniem samego siebie. Łatka na stałe przylgnęła już do obecnego menedżera Tottenhamu Hotspur.
Jednak co interesujące, portugalski menedżer nie miał (jeszcze?) okazji prowadzić w swojej karierze ani Liverpoolu, ani Manchesteru City. A oba zespoły od pewnego czasu wyglądają, jakby właśnie były w trakcie trzeciej kampanii pod wodzą Jose Mourinho.
Dojazd do mety
Poprzedni sezon Premier League raczej każdy zapamięta z powodu przerwania rozgrywek oraz samotnej ucieczki Liverpoolu zakończonej zdobyciem tytułu. Zamiast zapowiadanego przed kampanią kolejnego wyścigu dwóch koni tym razem pobiegł tylko jeden. Manchester City został w tyle. Buldożer z Etihad Stadium zamiast niszczyć kolejnych rywali jakby po dwóch kosmicznych sezonach wrócił z Księżyca na Ziemię.
To nie był już (i nadal nie jest) zespół, który regularnie demonstruje wyższość nad rywalami. Zamiast pewnych zwycięstw zaczęły pojawiać się coraz częstsze straty punktów. Problemy oraz oznaki słabości. Zupełnie, jakby zespół Pepa Guardioli, który w dwóch kampaniach zdobył przecież łącznie 198 punktów, dojechał już do mety. Coś dobiegło końca, coś się wyczerpało. Gracze Manchesteru City znów natomiast stali się „tylko” ludźmi.
Magiczna otoczka wokół podopiecznych hiszpańskiego menedżera definitywnie opadła, a media w obliczu słabości „The Citizens” zaczęły zwiastować nadchodzącą dominację Liverpoolu w Premier League. Trzy, cztery, pięć lat, a może dekadę? Licytacji, jak długo zespół z Anfield Road będzie trząść angielską ekstraklasą, nie brakowało. Okazało się za wcześnie, bo „The Reds” dotknęła identyczna przypadłość co rywali z Etihad Stadium. Szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał.
Pierwszych oznak można było doszukiwać się jeszcze przed momentem zdobycia tytułu mistrza Anglii. Odnoszenie zwycięstw sprawiało już wtedy „The Reds” coraz większe problemy. Wszystko jednak zaciemniło zdobycie tytułu. Liczyło się przecież tylko mistrzostwo. A po zdobyciu trofeum? Narracja była prosta i można było w to łatwo uwierzyć, słabszą dyspozycję złożono na karb gry praktycznie o pietruszkę. W rzeczywistości Liverpool zaliczył jednak podobny dojazd do mety jak wcześniej Manchester City.












