Adam Nawałka ogłosił dziś, że to Robert Lewandowski pozostanie kapitanem kadry w kolejnych meczach. Tym samym złamał swoją zasadę, że opaska przysługuje piłkarzowi, który ma najwięcej rozegranych spotkań z orzełkiem na piersi, lecz akurat to można postrzegać w pozytywnym świetle.
Po zakończeniu piłkarskiej jesieni w wykonaniu reprezentacji rozpętała się mała burza. Kto powinien dostępować zaszczytu wyprowadzania kolegów wiosną? Kandydatów było dwóch. Jakub Błaszczykowski, który od przeszło pół roku nie gra, a za jego kadencji zespół nie prezentował praktycznie żadnego stylu i mało kto grał na dobrym poziomie. Jego rywalem był Robert Lewandowski, czyli gość, który wprowadził naszą narodową drużynę na przyzwoity poziom i był m.in. ojcem zwycięstwa nad Niemcami. W zasadzie powinienem przedstawić ich w kolejności odwrotnej, bo to „Lewy” w opinii wielu był faworytem do pozostania oficjalnym liderem.
Mała kłótnia o kapitana miała już przecież miejsce w czasie, gdy trener Górnika Zabrze został mianowany selekcjonerem. Błaszczykowski nie sprawiał wrażenia, jakby był stworzony do tej roli. Koledzy grali nijako, a on sam imponował jedynie ambicją. Zespół nie miał w sobie pazura i kibice mogli martwić się o grę w każdym spotkaniu. Zaczęły również krążyć komentarze, że skrzydłowy Borussii Dortmund zwyczajnie spieprzył wewnętrzną atmosferę. Dodatkowo sam wylał na siebie pomyje swoją wypowiedzią po katastrofalnych mistrzostwach Europy i tekście o „braku biletów dla rodzin”. Pojawiały się głosy, aby zmienić kapitana. Ostatecznie do tego nie doszło.
Wszystko uległo zmianie, gdy 28-latek zerwał więzadła krzyżowe. Jego następcą w roli kapitana, przynajmniej chwilowym, został, według zasad Nawałki, Robert Lewandowski. I o dziwo wszystko się odwróciło jak w kalejdoskopie. Nagle nasza ekipa zaczęła grać na przyzwoitym poziomie, przeważać na boisku i wychodzić na murawę z mentalnością zwycięzcy. Punktem kulminacyjnym był wygrany 2:0 mecz z Niemcami, pierwszy raz w historii.
https://twitter.com/susispeed/status/533331395134128128
Choć sam snajper Bayernu nie imponował skutecznością, jego wpływ na wyniki i grę był nieoceniony. Walczył bardziej od innych, choć koledzy również nie pozwalali mu harować w pojedynkę. Biegał, kiwał, asystował, odbierał piłki. Grał jak na kapitana przystało, nie skupił się na własnych osiągnięciach, widać było, że dla niego najważniejszy jest wynik reprezentacji.
Po kilku tygodniach dyskusji w końcu głos zabrał selekcjoner, który uznał, że to właśnie Robert zasłużył na opaskę. I to prawdopodobnie, przynajmniej z obecnego, zimowego punktu widzenia, dobra wiadomość dla kibiców, jak i samych zawodników, którzy ewidentnie rozwinęli skrzydła, odkąd Lewandowski stał się kapitanem.











