Dodatkowa motywacja przed meczem nie pomogła. FK Moskwa na stadionie imienia Eduarda Strielcowa pokonała Legię Warszawa 2-0, wyrzucając „Wojskowych” za burtę Pucharu UEFA. Warszawianie powinni cieszyć się, że w dwumeczu przegrali tylko 1-4.
Każdy oglądający wątpliwej jakości widowisko przed tygodniem fan futbolu mógł się jedynie łapać za głowę. Aspirujący do gry w fazie grupowej legioniści w meczu ze słabiutkim FK Moskwa poczynali sobie jak niedoświadczeni trampkarze. Na boisku panował wszechobecny chaos, pełno było niedokładnych podań, niewykorzystanych szans i dziecinnych błędów. Właśnie te błędy niegrający wielkiej piłki Rosjanie wykorzystali, wypracowując sobie zaliczkę przed rewanżem.

W Moskwie miało być lepiej. Trener polskiego zespołu, Jan Urban zapowiadał ofensywny styl i walkę do samego końca. Jednak jak się popatrzyło na formę warszawian prezentowaną nie tylko w poprzedniej potyczce z „Obywatelami”, ale także w lidze lub w dwumeczu z FK Homel, bardziej prawdopodobne wydawały się słowa szkoleniowca Olega Błochina o tam, że „w Moskwie będzie jeszcze gorzej, niż w stolicy Polski”. Jak się okazało, były znakomity napastnik reprezentacji ZSRR bardzo się nie pomylił.
Konfrontacja, w której Legia miała wygrać różnicą co najmniej dwóch goli, rozpoczęła się dla niej najgorzej jak tylko mogła. Już w piątej minucie, po kardynalnym błędzie polskiej defensywy, zwłaszcza Jakuba Rzeźniczaka, podanie z prawej flanki przejął niepilnowany w polu karnym Igor Striełkow, który uderzył ją w długi róg tak precyzyjnie, że Jan Mucha mógł tylko przyglądać się, jak futbolówka przekracza linią bramkową i wturla się do bramki. Podopiecznym Jana Urbana wyraźnie podcięło to skrzydła. Próbowali odrobić straty, ale za bardzo im to nie wychodziło. Po prawej stronie bez pomysłu na cokolwiek miotał się Miroslav Radović. Nieco lepiej, ale też bez rewelacji spisywał się Sebastian Szałachowski. Około 20. minuty „Szałach” popisał się ładną indywidualną akcją. Minął kilku rywali, wszedł w pole karne i oddał groźny strzał. W tym momencie białoruski bramkarz moskwian, Jurij Żewnow mógł podziękować swojemu kapitanowi, Dmitrijowi Godunokowi, po którego nodze piłka trafiła w słupek.
W dalszej części pierwszych 45 minut nic ciekawego nic się działo. Oba zespoły grały słabo. Indywidualne błędy defensywy zawodników Olega Błochina pozwalały ich przeciwnikom dochodzić do sytuacji podbramkowych. Na swoje nieszczęście legioniści w ogóle nie potrafili się w nich odnaleźć. Na siłę szukali skomplikowanych rozwiązań, przekombinowując i tracąc szansę na wyrównanie. Jedynym warszawianinem, o którym można by powiedzieć coś dobrego, był Jan Mucha, który udanie obronił strzał Pietra Bystrowa z rzutu wolnego oraz uderzenie Samiedowa.











