Długimi momentami nudne spotkanie. Do tego uprzykrzający życie sypiący śnieg. Nie było to widowisko, które będzie się pamiętać, ale finalnie to Legia zdołała wygrać 1:0 po rzucie karnym. To powoduje, że już tylko kataklizm odbierze jej tytuł mistrzowski. Lechia przez tę porażkę komplikuje sobie walkę o czwarte miejsce, które może dać europejskie puchary.
Zdecydowanie lepsze nastroje przed tym spotkaniem panowały w drużynie Legii. Wygrana z mocnym Piastem na wyjeździe znacznie przybliżyła ją do obrony tytułu mistrzowskiego. Ewentualna wygrana w Gdańsku dałaby już olbrzymi spokój przed ostatnimi trzema kolejkami. Taką szansę też czuł trener, Przemysław Małecki, który zapewniał na konferencji, że Legia pragnie docisnąć po meczu w Gliwicach. Jej celem było wygranie wszystkiego do końca, bez taryfy ulgowej. Łatwo o to jednak być nie mogło, gdyż Lechia nadal liczy się w walce o czwarte miejsce w lidze i musi zacząć lepiej punktować. Do tego po dotkliwej porażce w Poznaniu wszyscy chcieli się podbudować mentalnie.
Za Lechią nie przemawiała jednak historia gier z Legią. Ostatnia wygrana z drużyną z Warszawy na własnym stadionie miała miejsce pięć lat temu. Trener Piotr Stokowiec zdawał sobie sprawę z wagi tego spotkania, zważając na markę rywala. Mimo wszystko starał się też nieco ściągać presję z drużyny, sugerując, by nie przeceniać tego meczu, bo potem pozostaną jeszcze trzy równie ważne starcia. Oczywiście tu oczekiwał wygranej i zapowiadał, że drużyna zaprezentuje się z dobrej strony. Na pewno po meczu z Lechem Stokowiec nie miał wyjścia i musiał zmotywować drużynę do lepszej postawy.
Pierwsza połowa po prostu się odbyła
Dużo prób sforsowania defensywy rywala obserwowaliśmy w pierwszych fazach spotkania. Często kończyło się to jednak na nieudanych podaniach w rejonach pola karnego albo na faulach taktycznych w środku pola. Większa kultura gry piłką była po stronie Legii, ale Lechia grająca wyjątkowo systemem 3-5-2 także potrafiła mądrze rozegrać futbolówkę od tyłu.
Goście pobudzili się nieco w ostatnim kwadransie pierwszej połowy. W 32. minucie wystarczyło im tylko kilka podań, by stworzyć sobie bardzo dobrą sytuację, ale uderzenie Andre Martinsa świetnie wybronił Dusan Kuciak. Długo trzeba było czekać na jakiekolwiek fajerwerki z którejś ze stron. Lechia jednak szybko zdołała opanować sytuację w defensywie i tuż przed przerwą gra znowu się wyrównała. Mimo wszystko to warszawska drużyna w pierwszej części spotkania próbowała jakkolwiek zagrozić rywalowi, uderzając na bramkę.











