Po listopadowym wyjeździe do Tbilisi, w którym Polacy wygrali z Gruzją 4:0, nikt nie mógł choć przez chwilę wątpić w to, że nasi reprezentanci nie wygrają w czerwcowym rewanżu. Problemy kadrowe Nawałki (szczególnie w defensywie) i zmiana sztabu szkoleniowego w kraju z Kaukazu sprawiły, że nie byliśmy już tak pewni swego.

Adam Nawałka zaskoczył nas już przed pierwszym gwizdkiem. W tygodniu wiele spekulowało się o tym, że w podstawowej jedenastce wybiegną Karol Linetty oraz Michał Kucharczyk. Nic podobnego: selekcjoner postanowił dać szansę Peszce i Mączyńskiemu, którzy w spotkaniach ze Szkocją i Irlandią strzelali bramki na wagę remisu. Natomiast tak jak przypuszczano, w środku defensywy u boku Łukasza Szukały zagrał obrońca roku ekstraklasy, Michał Pazdan. Z powodu kontuzji Wawrzyniaka i Jędrzejczyka na lewej obronie, podobnie jak w Tereku, zmuszony był wystąpić Maciej Rybus. Między słupkami ponownie stanął Łukasz Fabiański.
Polacy od początku rzucili się do ataków. Bardzo aktywny na prawym skrzydle był Kamil Grosicki, który często zmieniał się stronami ze Sławomirem Peszką. Piłkarz Rennes uczestniczył w praktycznie każdej akcji ofensywnej, a w pierwszych 30 minutach było ich sporo. Najbliższy strzelenia gola był Robert Lewandowski, ale najpierw po minięciu Giorgiego Lorii futbolówkę z linii bramkowej po jego strzale zdołał wybić jeden z gruzińskich defensorów, a później na jego drodze stanął bramkarz przyjezdnych. Bezradni Gruzini pierwszy celny strzał oddali dopiero w 44. minucie. Do przerwy bramek jednak nie oglądaliśmy.
Drugiej połowy nie rozpoczęliśmy już tak dobrze. Gra „Biało-Czerwonych” zaczęła przypominać tę z czasów Fornalika, nasi piłkarze nie stworzyli praktycznie żadnej groźnej akcji, a do głosu zaczęli dochodzić goście. Bramkę jednak zdobyli Polacy i tak jak w listopadowym meczu, przełomowy okazał się być stały fragment gry. Grosicki krótko rozegrał rzut rożny i znowu dała o sobie znać lewa stopa Arkadiusza Milika. Napastnik Ajaksu pięknie uderzył sprzed pola karnego i Giorgi Loria był bez szans. Radość kibiców była równie wielka, gdy chwilę po bramce na murawie zameldował się Jakub Błaszczykowski. Długo oczekiwany powrót stał się faktem, a pomocnik Borussii przeprowadził parę dobrych akcji, czego raczej nie można powiedzieć o Peszce, który zepsuł kilka bardzo prostych podań.










