Piłka nożna latem to trzydziestostopniowy upał, prażące słońce, zaschnięte gardło i ściekający po skroni pot. Oczy tylko szukają zdającego się nigdy nie nadejść ochłodzenia. Jednak te wakacje są zgoła inne od poprzednich. Kończy się pewien okres w historii piłki nożnej. Okres, w którym największe tryumfy święcili ci, których popisy oglądaliśmy, gdy wakacje były jeszcze wakacjami, a nie wakacyjną pracą.
Wyciskane przez nostalgię łzy spadają w tym roku, gdzie tylko okiem nie spojrzeć. Od żółtej ściany „Borussen”, przez rozśpiewany „The Kop” i mieniącą się na czerwono Allianz Arenę po zdobywających się na empatię zwaśnionych „cules” Barcelony i Realu.
Jeszcze niedawno Inter Mediolan ogłosił zastrzeżenie numeru „4”, przypominając nam, że przed rokiem swoją karierę zakończył wiecznie młody Javier Zanetti. Tego lata jednak nie chodzi o wieszanie butów na kołku, ale o piłkarską emeryturę, zakończenie pięknych przygód zgodnie z powiedzeniem „coś się kończy, a coś zaczyna”.
Zdobywającym coraz większą popularność kierunkiem na nowe życie w piłce są Stany Zjednoczone. Taki kierunek wybrał chociażby Andrea Pirlo. Włoski „Maestro” kilkukrotnie chciał w swoim życiu rozstać się z Milanem, by jednak zostać i pomóc, choć w końcu przeniósł się do Juventusu, gdzie w swoim stylu wszystkim pokazał, na co go stać. Po przegranym finale Ligi Mistrzów zmienia on adres zamieszkania na oddalony kilka tysięcy kilometrów dalej i w Nowym Jorku dołączy do Francka Lamparda w środku pola franczyzy Manchesteru City.
Pirlo za oceanem stanie oko w oko z innym wielkim żegnającym się z piłką na najwyższym poziomie. Porażka pięcioma bramkami z obśmiewanym na Wyspach Stoke nie ma się nijak do przegranej rywalizacji z odradzającą się Barceloną. Irytujący swoimi błędami i brakami w fizycznej wydolności Gerrard został jednak pięknie pożegnany przez wiwatujące Anfield, tak samo jak nowy klub – LA Galaxy – entuzjastycznie przywitał go po przekroczeniu Atlantyku.












