Las leyendas de La Liga: Juan Roman Riquelme – krnąbrny magik z Buenos Aires


Zawodnik jedyny w swoim rodzaju, lecz nie przez wszystkich doceniany

12 lipca 2019 Las leyendas de La Liga: Juan Roman Riquelme – krnąbrny magik z Buenos Aires

Nie jest tajemnicą, że hiszpańska ekstraklasa należy do elity najlepszych lig w Europie. Z chwilą utworzenia Primera Division przez kluby przewinęło się mnóstwo znakomitych piłkarzy. Wielu Hiszpanów otrzymało status legend, gwiazd i trafiło do galerii sław swoich zespołów. Lecz nie tylko rodzimi zawodnicy przyczyniali się do licznych sukcesów. Równie wielkim powodzeniem cieszyli się zagraniczni kopacze, którzy swoimi umiejętnościami potrafili oczarować publikę, a w efekcie pozostawić wyrazisty ślad na Półwyspie Iberyjskim. Jednym z nich był Juan Roman Riquelme, ewenement na skalę światową.


Udostępnij na Udostępnij na

Gdy swoją seniorską karierę w Barcelonie zaczynał Lionel Messi, z „Dumą Katalonii” żegnał się wówczas starszy o prawie dekadę Riquelme. Ciekawostką jest fakt, że obaj pochodzą z Argentyny i obaj przyszli na świat tego samego dnia. Kwestia porównania tych piłkarzy nie jest teraz głównym celem, aczkolwiek z drugiej strony, patrząc na boiskowe wyczyny obydwu panów oraz okres ich panowania, można zauważyć widoczny kontrast. Różnicę, która czyniła z Riquelme osobliwego gracza wychodzącego poza piłkarskie kanony.

Wychowanek Argentinos Juniors

Juan Roman Riquelme urodził się 24 czerwca 1978 roku na przedmieściach Buenos Aires, w San Fernando. Pochodził z ubogiej wielodzietnej rodziny. Od dziecka nie ukrywał pasji do futbolu, w związku z czym już od najmłodszych lat grywał w lokalnych klubach. Dopiero szansa zasilenia Argentinos Juniors – jednego z najważniejszych zespołów argentyńskiej ligi, słynącego z wybitnej szkółki młodzieżowej – otworzyła mu drzwi do wielkiej piłki.

Początkowo występował w juniorskich składach, lecz szybko przykuł uwagę renomowanych klubów, dwóch odwiecznych rywali z Buenos Aires. Walkę o młodego piłkarza, świetnie odnajdującego się w środkowej strefie boiska, wygrało Boca Juniors, które pozwoliło mu zadebiutować w seniorskiej kadrze 10 listopada 1996 roku. A dwa tygodnie potem nabytek argentyńskiego potentata strzelił swojego pierwszego gola w karierze.

Dla Boca Juniors szybko stał się bożyszczem kibiców. Wystarczyło sześć lat, by dwukrotnie celebrował mistrzostwo Argentyny, również dwukrotnie mógł cieszyć się z pucharu Copa Libertadores (2000, 2001); w 2000 roku wywalczył także Puchar Interkontynentalny. W tym czasie Riquelme zostawał obsypywany wieloma nagrodami indywidualnymi jak argentyński piłkarz roku czy południowoamerykański piłkarz roku (2001).

Podróż do Hiszpanii

Na południowoamerykańskim kontynencie młody pomocnik błyszczał i w końcu nadarzyła się okazja, by spróbować sił gdzie indziej. A jedynym miejscem umożliwiającym rozwój talentu była Europa. Stary Kontynent ochoczo zapraszał i wciąż zaprasza argentyńskie oraz brazylijskie perełki. Nie inaczej było z Riquelme.

W wyścigu o piłkarza skutecznie wystartowała FC Barcelona, która podpisała kontrakt z nowym nabytkiem w lipcu 2002 roku. W klubie, w którym technika oraz magiczne umiejętności stanowią szczególną wizytówkę, Riquelme niestety odnaleźć się nie potrafił. Głównym prowodyrem nieudanej przygody w stolicy Katalonii był Louis van Gaal. Holender często widział Argentyńczyka jako skrzydłowego. Takie posunięcie powodowało konflikt interesów, efektem czego po sezonie gry dla „Blaugrany” Riquelme zdecydował się w 2003 roku na wypożyczenie do Villarrealu.

Zmiana otoczenia sprawiła, że argentyński diament odżył. Niechciany w Barcelonie, w której przegrał rywalizację z Ronaldinho, w Villarrealu znalazł swój nowy dom. Miejsce, w którym mógł pokazać Hiszpanii oraz całej Europie próbkę swoich piłkarskich możliwości.

Wstępnie wypożyczony na dwa lata, by w 2005 roku podpisać czteroletni kontrakt. I tak do 2007 JRR stał się głównym dowódcą „Żółtej Łodzi Podwodnej”. Za jej sterami w sezonie 2003/2004 doszedł do półfinału Pucharu UEFA, uznając tam już wyższość Valencii. Z kolei w 2004 celebrował zwycięstwo w Pucharze Intertoto. Jednak największym sukcesem, a zarazem największa traumą Riquelme okazało się dotarcie do półfinału Ligi Mistrzów w sezonie 2005/2006.

Po zajęciu trzeciego miejsca w Primera Division, dającego bezpośredni awans, Villarreal po raz pierwszy wziął udział w elitarnej Champions League. W kwalifikacjach ograł Everton, by następnie skonfrontować się w grupie z Benficą Lizbona, Lille oraz Manchesterem United. Wyjście z grupy umożliwiło Villarrealowi dalszy udział w rozgrywkach. Swój kurs hiszpańska „Łódź Podwodna” zakończyła na półfinale, po drodze ogrywając Glasgow Rangers oraz Inter Mediolan. W przedsionku finału lepszą ekipą był Arsenal Londyn, który minimalnie zwyciężył w dwumeczu 1:0. I tutaj zmorą turnieju był rzut karny, do którego podszedł właśnie Riquelme. W doliczonym czasie gry nie wykorzystał swojej szansy, efektem czego Jens Lehmann z pojedynku sam na sam wyszedł obronną ręką.

Kręgosłup reprezentacji

Początek przygody z reprezentacją Argentyny zapowiadał się dla Riquelme wspaniale. Ówczesny trener drużyny do lat 20, Jose Pekerman, od razu zobaczył w młodzieńcu piłkarza idealnego. Najpierw powołał go na młodzieżowe mistrzostwa Ameryki Południowej odbywające się w Chile w 1997, by rok później wziąć udział we francuskim turnieju Toulon. W obydwu imprezach Argentyna cieszyła się triumfem, a Riquelme był jednym z motorów napędowych złotej ekipy Pekermana.

Udane występy w młodzieżowych zespołach zagwarantowały 16 listopada 1997 roku możliwość debiutu w seniorskiej kadrze w ostatnim meczu eliminacyjnym do mistrzostw świata. Na mundial w 1998 nie pojechał, a jego pierwszym dorosłym turniejem, na którym mógł zaprezentować swoje umiejętności, była Copa America w 1999 roku. Z kolei na swojego pierwszego gola w barwach „Albicelestes” czekał aż do 20 kwietnia 2003 roku.

Z Pekermanem Riquelme miał także okazję współpracować, gdy ten objął rok później posadę szkoleniowca seniorskiej reprezentacji narodowej. Pierwszym ważnym sukcesem obydwu panów było zajęcie drugiego miejsca w Pucharze Konfederacji w 2005. Mimo porażki „Albicelestes” z Brazylią w finale JRR nagrodzono tytułem drugiego najlepszego zawodnika tych rozgrywek. W 2006 pojawiła się szansa występów na mistrzostwach świata w Niemczech. Tutaj Riquelme miał być tym, na którym opierała się gra ekipy Pekermana. Niestety Argentyńczycy w ćwierćfinale musieli uznać wyższość Niemców, którzy byli lepsi w konkursie rzutów karnych.

Kolejnymi wielkimi turniejami w karierze środkowego rozgrywającego były Copa America w 2007 roku i Letnie Igrzyska Olimpijskie w 2008. Podczas południowoamerykańskiego turnieju Argentyna ponownie przełknęła gorycz porażki w finałowym starciu z „Canarinhos”. Z kolei omawiany bohater, strzelając pięć bramek, został wiceliderem klasyfikacji króla strzelców.

Ostatnia impreza międzynarodowa w wykonaniu JRR to wspominane Igrzyska Olimpijskie. Ciekawostką może być fakt, że ówczesny trener reprezentacji narodowej do lat 23 – Sergio Batista – mimo wieku Juana postanowił włączyć go do swojego składu. Dzięki niemu Argentyna dotarła do finału, pokonała Nigerię i zdobyła złoty medal. Łącznie dla kraju ze stolicą w Buenos Aires środkowy pomocnik wystąpił 51 razy, strzelając przy tym 17 bramek.

Powrót do ojczyzny

Narastający konflikt z ówczesnym szkoleniowcem Villarrealu, Manuelem Pellegrinim, sprawił, że zdecydowano się wypożyczyć Argentyńczyka do Boca Juniors. Do ojczyzny powrócił w styczniu 2007 roku na sześć miesięcy. I już jego obecność na boisku przypomniała o sobie dawnym kibicom. Zwycięstwo w Copa Libertadores przypieczętowało ten krótki okres.

W następnym sezonie dalsza współpraca z działaczami hiszpańskiego klubu nie była JRR po drodze, więc zdecydowano się na całkowitą sprzedaż pomocnika do Boca Juniors. Historia zatoczyła koło i po pięciu latach w Hiszpanii znów założył niebiesko-złoty trykot. Do 2014 roku do swojego CV dołożył jeszcze dwa mistrzostwa Argentyny (2008, 2011) oraz Puchar Recopa Sudamericana (2008), nie wspominając o nagrodach indywidualnych. Ostatni rok kariery Riquelme spędził tam, gdzie stawiał swoje pierwsze kroki, w Argentinos Juniors. Oficjalnie ogłosił zakończenie piłkarskiej kariery 25 stycznia 2015 roku.

Sekret argentyńskiego fenomenu

Juan Roman Riquelme to piłkarz unikatowy. Na boisku poruszał się z gracją, a jego styl gry był nie do podrobienia. Często potrafił wychodzić z opresji w pojedynkach sam na sam, krótko trzymając piłkę przy nodze. Nieraz z perspektywy kibica drybling Riquelme mógł wyglądać, jakby był zagubiony w tańcu. Lecz on doskonale wiedział, co chce zrobić, i robił to, otwierając sobie czy kolegom drogę do bramki. To go wyróżniało, to czyniło z niego piłkarski ewenement.

Gdybym miał poszukać jednego zagrania JRR, które moim zdaniem najlepiej go definiuje, przywołałbym mecz z 2000 roku. To był półfinał Copa Libertadores, Boca Juniors – River Plate, podczas którego Riquelme przy samej linii bocznej, teoretycznie nie mając żadnych szans na przedostanie się, założył siatkę Mario Yepesowi, stojąc tyłem do rywala, i jeszcze zdążył odwrócić się, a następnie przejąć piłkę. Futbolowe rokoko — zobrazował jedno z najbardziej znanych zagrań głównego bohatera cyklu nasz ekspert, redaktor „Przeglądu Sportowego”, Michał Guz.

Riquelme czuł się w środku pola jak ryba w wodzie. To było jego terytorium i to on w tej strefie pozostawał królem. Kochał dyktować tempo gry, choć nie uchodził za energicznego zawodnika, co nieraz spotykało się z falą krytyki. Stał się dowodem na to, że nie zawsze trzeba być piłkarzem, który jest sprinterem, o czym często nas przekonywał. W miejscu potrafił obrócić się kilka razy z piłką, myląc przy tym przeciwnika, wykonać parę kroków, by następnie efektownie podać lub znów popisać się swoimi sztuczkami.

Tego piłkarza cechowały: niesamowita umiejętność bicia rzutów wolnych, krótkie prowadzenie piłki, świetne kierunkowe przyjęcia i trudna do zdefiniowania „zamaszystość” w ruchach. Miał doskonały timing i wyczucie przestrzeni, tylko nie zawsze chciał się tym dzielić z partnerami i widzami. Długimi momentami sprawiał wrażenie boiskowego lenia, któremu nie bardzo chce się biegać i wybiera sobie momenty, kiedy będzie „pod grą”. To trudno opisać, to trzeba zobaczyć na filmach. Szczególnie było to widać już w Europie, gdzie jeszcze wytknięto mu braki w defensywie. Van Gaal w Barcelonie mówił, że Riquelme jest najlepszym zawodnikiem na świecie tak długo, jak ma piłkę. Kiedy ją straci, zaczyna się faza gry, w której jego drużyna gra w dziesięciu – dodał Michał Guz.

Charakter barierą rozwoju kariery

Trudna osobowość. Nie każdy umiał do niego dotrzeć. To był wręcz typ piłkarza, który na boisku grał swój osobny mecz, a poza nim miał swój świat — tak w skrócie nasz rozmówca zdefiniował charakter Argentyńczyka. Sposób bycia zawodnika nieraz stanowił granicę, którą siłą rzeczy niełatwo było przeskoczyć. A co za tym idzie, stopniowo potrafiła zaszkodzić jego karierze.

Na odprawie u Manuela Pellegriniego w Villarrealu potrafił wyjąć odtwarzacz MP3 i słuchawki. Z urlopu wracał wtedy, kiedy on uważał za stosowne, a nie kiedy kazał Pellegrini (zdarzyło mu się wrócić cztery dni po czasie). Selekcjoner Marcelo Bielsa nawet nie zabrał go na mundial do Korei i Japonii. Diego Maradona na MŚ do RPA – tym bardziej, bo tu poza zarzutami Diego, że „Riquelme za mało angażuje się w grę” jeszcze dochodził akcent pozasportowy: w tle była wzajemna zawiść, kto jest większą legendą dla Boca Juniors.

Za to znakomicie współpracował z Jose Nestorem Pekermanem, który swoją trenerską pracą przyczynił się do „stworzenia” Riquelme. Potem, jako selekcjoner seniorskiej reprezentacji, zabrał JRR na jedyny w jego życiu dorosły mundial do Niemiec. Świetnie rozumiał się też w Boca z Carlosem Bianchim, o którym mówił, że jest jego drugim ojcem. Riquelme można było kochać albo nienawidzić, ale nikt nie był obojętny — kontynuował ekspert.

Co by było, gdyby…

Juan Roman Riquelme to bez wątpienia ewenement piłkarza na skalę światową. Obecnie najlepszym numerem 10 dla reprezentacji Argentyny jest Leo Messi. Lata wstecz idolem kibiców był Diego Maradona. Z kolei JRR znalazł się pomiędzy dwójką tych światowej klasy graczy. Dzięki unikatowemu stylowi sam wykreował sobie wizerunek środkowego rozgrywającego. Jego boiskowa kreatywność oraz niecodzienna, ba!, oryginalna zdolność dyktowania tempa uczyniły z niego jednego z najlepszych pomocników na świecie.

Argentyński trener Claudio Borghi powiedział kiedyś, że Riquelme jest „jak baba z trzema cyckami”. Teoretycznie dla rozkochanego w futbolu (i kobietach) mężczyźnie mogłoby to oznaczać więcej radości, jednak na pierwszy rzut oka widać, że coś jest nie tak. Że tego wszystkiego jest za dużo. Gdyby urodził się z tym zestawem umiejętności kilkadziesiąt lat wcześniej, czcilibyśmy go jak Pelego czy Maradonę. Jego nieszczęście polegało na tym, iż apogeum kariery przypadło na końcówkę XX i pierwsze lata XXI wieku, kiedy po jego przeprowadzce do Europy okazało się, że reprezentuje już styl wymierający i że prawie nikt tak nie gra — podsumował Michał Guz.

Jedno jest pewne. Juan Roman Riquelme był jedynym w swoim rodzaju artystą, którego geniusz pozostał niepowtarzalny. W swojej przygodzie z piłką zaliczył ponad 400 występów oraz zdobył przeszło 100 goli. I gdyby nie rogata dusza, kto wie, jak potoczyłaby się jego kariera. Dla Boca Juniors stał się legendą i ikoną klubu, w Villarrealu także trafił do gabloty sław, przez chwilę czarując swym technicznym wdziękiem na hiszpańskich boiskach. Z kolei Argentyna może być dumna, że to właśnie jej barw w koszulce z numerem 10 bronił ten krnąbrny magik.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze
Newsletter piłkarski