Dużym ułatwieniem dla menedżera jest odnoszenie się do statystyk. Mateja Kezman w czterech sezonach w PSV po przejściu z Partizana Belgrad strzelił aż 105 goli w lidze holenderskiej, dokładając jeszcze trochę w pucharach. Chelsea nie płaciła za kota w worku, a mimo to wyszła na tym jak Zabłocki na mydle.
W sezonie 2004/2005 Kezman strzelił siedem bramek. Szybko został odesłany do Atletico Madryt, potem grał między innymi w Fenerbahce, PSG i Zenicie. W ciągu ośmiu sezonów od odejścia z PSV uzbierał ledwie 41 goli ligowych. Statystyki zawiodły. Murowany superstrzelec okazał się niewypałem i zakończył karierę z porażką wypisaną na czole. Czy zatem warto pokusić się na ligowego króla strzelców, gdy szukamy napastnika? Przeanalizowałem tego typu transfery.

Zostańmy w Holandii. Ostatni król strzelców Bas Dost w barwach Heerenveen ustrzelił 32 gole. Po przejściu do Wolfsburga nie dobił do dziesiątki, a jego drużyna dołuje w tabeli Bundesligi. Sezon wcześniej na tronie Eredivisie był Belg Bjoern Vleminckx (23 gole w barwach NEC). Po przejściu do Club Brugge… sześć trafień. Od stycznia jest na zesłaniu w Genclerbirligi Ankara, w którym w końcu strzela. Jest jeszcze Mounir El Hamadoui, który w AZ strzelał kolejno 23 i 20 goli w sezonie, a po przejściu do Ajaksu już tylko 13. Obecnie próbuje się odbudować w Fiorentinie. Jest jeszcze jeden skłaniający do płaczu przykład. Alfonso Alves, król strzelców 2006/2007, 34 gole (sic!) w barwach Heerenveen, a po przejściu do Middlesbrough w dwa sezony zaledwie dziesięć trafień.
Jest też pozytywny przykład króla strzelców 2009/2010 w barwach Ajaksu i zdobywcy 35 goli – Luisa Suareza. Dziś oglądamy go jako jednego z najlepszych napastników na świecie w Liverpool FC. Inna historia ze szczęśliwym zakończeniem to Klaas-Jan Huntelaar. W sezonie 2007/2008 strzelił 33 gole w lidze w Ajaksie. Po transferze do Realu udało mu się to uczynić tylko osiem razy, rok później w Milanie siedem, a potem w Schalke osiem. Dopiero w ostatnim sezonie odbudował się i z 29 golami zakończył sezon Bundesligi. Jest jeszcze Dirk Kuyt, który z superstrzelca w 2005 roku w Feyenoordzie zmienił się w skrzydłowego w Liverpoolu, nie bez sukcesów.
Zapraszam do Francji, gdzie kupowanie królów strzelców jest sportem narodowym. Pierwszy z brzegu Olivier Giroud w barwach Montpellier zdobył 21 bramek, a w obecnym sezonie Premier League w Arsenalu ledwo przekroczył dziesiątkę. Ostatecznie nikt Francuza nie skreśla, a kibice liczą, że będzie wsparciem dla drużyny w następnym sezonie. Rok wcześniej na szczycie drabiny strzelców był Moussa Sow z Lille. Obecnie w Fenerbahce strzela jak na zawołanie. Turcy wiedzieli, co robią, bo sezon wcześniej sprowadzili z Marsylii Mamadou Nianga, który strzelił 15 goli w Superlidze.










