Do 10 listopada oddawane będą głosy na najlepszego piłkarza tego roku według magazynu „France Football”. Kto ma największe szanse na Złotą Piłkę? Ciężko powiedzieć. Wiem za to, kto jej na pewno nie dostanie.
Ten felieton muszę jednak zacząć od małej dygresji, chociaż i tak będzie ona w temacie całego artykułu i „FF”. Mam bowiem na myśli Złotą Piłkę przyznaną dwa lata temu po WM 06’ dla Fabio Cannavaro. Uważam, że była to największa zbrodnia w ostatnich latach, a Fabio dostał tę nagrodę tylko dlatego, że trzeba było uhonorować w końcu jakiegoś Włocha. A skoro Włocha, to przecież musiał to być obrońca.
Wygrać powinien Thierry Henry. Miał wtedy kapitalny sezon. Wreszcie przestał „tylko” strzelać bramki, ale też wziął na swoje barki grę całego Arsenalu. Doszedł z nim do finału Ligi Mistrzów, z reprezentacją Francji do finału Mistrzostw Świata. Dla swoich drużyn znaczył dużo więcej niż wspomniany Cannavaro. Francuz powinien także otrzymać tę nagrodę dlatego, że należała mu się już od dłuższego czasu, dla podkreślenia jego wielkiej formy na przestrzeni ostatnich latach. No ale cóż, trzeba było to zrobić w bardziej medialny sposób, wygrał więc Włoch, któremu po dziś dzień zdarzają się w Realu często katastrofalne wpadki. Jednak było, minęło. Już się wyżaliłem.
Najpierw faworyci
Gdyby Złota Piłka była przyznawana za sezon (jesień – wiosna), a nie za cały rok (wiosna – jesień), zwycięzca mógłby być tylko jeden – Cristiano Ronaldo. Oczywiste, prawda? Jednak który skrzydłowy kiedykolwiek zdobył 42 bramki w 48 spotkaniach ogółem? Mówię już oczywiście o współczesnej piłce. Drugą stronę medalu znają jednak wszyscy, a przynajmniej większość. Czyli to, że w wielkich meczach zagrał słabo (chociaż bramkę w finale LM zdobył), że z Portugalią wypadł blado na Euro, że druga część tego roku to jego walka z kontuzją. Dlatego też Portugalczyk, który w moim odczuciu jest geniuszem, nie wygra tego plebiscytu. Będzie drugi, bo tak chore są zasady wyboru.
Wygra zapewne jakiś Hiszpan, ponieważ nagradzać piłkarzy będzie się głównie za ich występ na Euro. A piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego imprezę przecież wygrali.
Skoro dwa lata temu wszystkim odbiło i wygrał obrońca, więc tym razem może i wygra bramkarz. Iker Casillas. Pierwszy zdobywca Złotej Piłki od czasów Jaszyna brzmi całkiem nieźle i nie jest to nawet najgłupsze rozwiązanie, gdyż Casillas znaczy dla Realu tyle, co wspomniany wcześniej Henry dla Arsenalu (gdy tam jeszcze występował). Gwiazdy w zespole „Królewskich” przewijają się na Bernabeu rokrocznie. On jednak ciągle trwa w bramce, ciągle jest młody i ciągle jest coraz lepszy. Czy może wygrać? Może. Czy powinien wygrać? Nie będzie zbrodnią jeśli to zrobi.
Efekt Euro
Skoro jesteśmy już przy piłkarzach hiszpańskich, to zakończmy sprawę. Fabregas odpada, bo wszystko robił za mało. Senna na pewno nie zostanie doceniony w swojej morderczej pracy w środku pola. Fernando Torres? Miał dobry sezon (nie świetny, jak piszą na wszystkich portalach) w Liverpoolu, strzelił bramkę na wagę Euro 2008. Ale czegoś mi tutaj brakuje. Moim zdaniem odpada. Paradoksalnie dużo większe szanse od nich ma defensywny pomocnik Barcelony – Xavi. A to dlatego, że i tak już go wybrali najlepszym zawodnikiem Euro. Wychowanka „Blaugrany” można spokojnie nazwać „cichym reżyserem”. Nie strzela pięknych bramek, nie drybluje, ale jego podania są wprost magiczne. Czy to krótkie prostopadłe, czy długie krzyżowe. Wszystkie z precyzją szwajcarskiego scyzoryka. Nie wybijał się w klubie głównie dlatego, że to cała Barcelona grała słabo.









