Hiszpański potrafi przez minutę krzyczeć „Gol, gol, gol, gol, gol!”, niemiecki natomiast przez dłuższą chwilę w ogóle się nie odzywać. Angielski zazwyczaj profesjonalnie ocenia sytuację, podczas gdy czeski… A jak działa na widzów nasz, polski, komentator boiskowych wydarzeń?
Im bardziej zorientowanych w temacie ma odbiorców, tym gorzej, bo tacy wyłapią naturalnie dużo więcej irytujących błędów niż laicy. To nie musi być regułą, niemniej jednak najczęściej tak właśnie się zdarza. Każdy ma prawo się pomylić, ale czasem liczba błędów polskiego komentatora zwyczajnie zwala z nóg. Nieumiejętność przeczytania „FSV Mainz” i nazwanie klubu z Moguncji „VSV” można zapewne wybaczyć, ale kiedy zdarzy się jeden, a nie pięć razy. Przekręcanie nazwisk piłkarzy pewnie też da się usprawiedliwić… Choć po kilku ligowych kolejkach trudno przymykać oko i na to. Czasem największą zbrodnią bywa podsuwanie komentatorowi eksperta do pomocy. Taki ekspert, zwykle po prostu były piłkarz, który w takiej a takiej lidze rozegrał tyle a tyle spotkań, może i realia zna, ale czy na pewno potrafi o nich opowiedzieć? Różnie z tym bywa, w końcu kursu retoryki nie przechodził, a budowanie logicznych zdań, podczas gdy gdzieś w tle toczy się akcja, do najłatwiejszych czynności nie należy. Wywiązująca się w konsekwencji abstrakcyjna rozmowa komentatora nieznającego realiów z niepotrafiącym się wysłowić ekspertem jednym może się wydawać zabawna, innych jednak porządnie zirytuje, a być może i nawet sprowokuje. Do wyłączenia dźwięku.
Nie ma nic gorszego niż komentator stronniczy (a zdarzają się i tacy), zwłaszcza jeśli opowiada się po innej stronie niż odbiorca, albo po prostu szydzi z jednego z klubów. Po kilku takich „dowcipach” w odpowiedzi często pada wiązanka słów niecenzuralnych. Dobrze, że telewizja działa tylko w jedną stronę. Wyrafinowanego kibica bardziej boli tylko jedno: komentatorska niewiedza. Nagminne przekręcanie faktów czy pobieżne tłumaczenie wypowiedzi piłkarzy z języka, którego się zwyczajnie nie zna, zdarzają się dość często wśród komentatorów lig zagranicznych, najczęściej nie będących angielską, ale łudząco przypominających niemiecką. Im bardziej niedoceniana w Polsce liga, tym mniej obeznany sprawozdawca i większy lament grupki dobrze zorientowanych w sytuacji fanów, którzy nie mają już ochoty wysłuchiwać elaboratów na temat zdarzeń, które nigdy nie miały miejsca, i wolą dokończyć oglądanie meczu w ciszy.
To wszystko nie znaczy jednak, że komentator jest zły czy niepotrzebny. Istnieje przecież wielu obiektywnych, rzeczowych, inteligentnych sprawozdawców, którzy swoimi mistrzowskimi porównaniami i metaforami niejeden nudny mecz potrafią uczynić interesującym albo co najmniej zabawnym. Ciekawie jest się czasem dowiedzieć, że piłkarze jednej z drużyn otaczają rywali „jak zgraja psów myśliwskich dzika”, ale informacja, że dany zawodnik „dośrodkował w środek” często jest jednak zbędna, tak samo jak stwierdzenie, że „będą dobrze grać, jak zagrają dobrze”.
A co zrobić, jeśli jakiś komentator nie jest przez nas uwielbiany, a wciąż i wciąż relacjonuje spotkania naszej ulubionej drużyny, popełniając przy tym w kółko te same błędy? Niektóre telewizje dają możliwość wyboru języka komentarza – świetna jest to sprawa, zwłaszcza jeśli dostępny jest język czeski. Humor choć na moment poprawi się każdemu, kiedy zamiast „węgierski napastnik” usłyszy „Maďarský útočník”. Można też poduczyć się angielskiego, ewentualnie poznać język duński. I życzyć sobie, żeby coraz więcej było polskich komentatorów, którzy jednocześnie są ekspertami i zamiast poprawnie mówić głupoty, wreszcie podadzą prawdziwe informacje ubrane w logicznie powiązane ze sobą słowa.










