„Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w ch…, za moją kasę”, śpiewa jeden z bardów współczesnej muzyki polskiej, Krzysztof „Grabaż” Grabowski. I jak tu się nie zgodzić? Chore państwo niepotrafiące sobie poradzić z chuliganami, stanowiącymi (cyt. Marcin Daniec) „zero koma przecinek” polskiego środowiska kibicowskiego. Niedoinformowany w temacie premier, rzucający irracjonalnymi rozporządzeniami na lewo i prawo. A przede wszystkim kompromitujący się na każdym kroku związek, niepotrafiący przyznać się do błędu w Bydgoszczy i zwalający winę na cały świat. Ktoś ma jeszcze wątpliwości?

Zapomnijmy na chwilę o tym, co się działo. Wyobraźmy sobie, że podczas finału Pucharu Polski panował wzorowy doping. Kibice Lecha i Legii stworzyli kapitalne widowisko, nie doszło do żadnych ekscesów zarówno przed, jak i w trakcie meczu. Legia zdobyła Puchar Polski, lecz Lech również zaprezentował się dobrze, a rzuty karne to synonim loterii i więcej szczęścia mieli warszawianie. Znając Grzegorza Lato i jego prostolinijny sposób myślenia, jako pierwszy poinformowałby o niebywałym sukcesie, a i pewnie po jakimś czasie wyprężyłby klatę w oczekiwaniu na jakiś orderek za zwycięstwo ze stadionowym bandytyzmem. A teraz wróćmy do rzeczywistości. Podczas spotkania premiera Tuska z prezesami zespołów Ekstraklasy na sali obecny był prezes Lato. Ktoś musiał chyba wylać na niego cały kubeł zimnej wody, bo tuż po zakończeniu rozmów ewakuował się z lokalu w trybie natychmiastowym. Ten stanowczy i nieugięty w kwestii odpowiedzialności jeszcze kilka dni wcześniej człowiek, teraz nie był nawet skłonny do wypowiedzi przed kamerami.

Miałem nadzieję, że to spowoduje, że ostatnie, rzetelnie pracujące osoby w PZPN-ie (nie mam wątpliwości, że takie osoby dałoby się tam znaleźć) zaczną myśleć nad sensownymi rozwiązaniami obecnej sytuacji. Ale nie: jak trafić, to zawsze w beton. Beton trafił w beton. Bilety na mecz z Argentyną B (tak, B; najbardziej doświadczony z zawodników, którzy zagrają z Polską, Otamendi z FC Porto, ma na swoim koncie 11 meczów w reprezentacji) będą najdroższe od dziesięcioleci. Dla przykładu, na mecz z WKS w Poznaniu można było trafić, wydając z portfela 20 złotych. Słownie: dwadzieścia. Za możliwość obejrzenia spotkania z Argentyną B PZPN życzy sobie co najmniej… 90 złotych. DZIEWIĘĆDZIESIĄT! Komu mogło na tym zależeć? Rządowi, który na tym wydarzeniu specjalnie nie zarobi? Legii Warszawa za wynajem obiektu? No nie, bo stawka jest ustalona z góry. No to komu innemu jak nie PZPN-owi? Pazerność na pieniądze jest najbardziej oczywistym grzechem ludzi z piłkarskiej centrali. Dzięki działaniom rządu PZPN ma przykrywkę pod windowanie cen biletów. Windowanie skandaliczne, bo w 80-90% opiera się na żerowaniu na pieniądzach ludzi, którzy codziennie od 8 do 16 uczciwie pracują.










