Większość kibiców przed meczem mówiła o zwycięstwie, choć tak naprawdę każdy w duchu wiedział, że sukcesem będzie remis. Brak wiary to może za duże słowo, ale pewną niepewność i świadomość ciężkiej sytuacji było widać na trybunach. Później natomiast euforię i nowe nadzieje po bramce Milika.
Mało kto obstawiał 2:0 przed meczem. Bary w okolicach Narodowego były tak zatłoczone, że o wolnym krzesełku można było pomarzyć. Połowa kibiców wstawiona, nikt jednak nie myślał nawet o wszczynaniu awantur. Ludzie żyli meczem niezależnie, skąd przyjechali. Mieszkańcy Warszawy, Krakowa, Poznania czy Katowic – wszyscy razem śpiewali, krzyczeli, robili sobie zdjęcia. Na tą chwilę kibice wydawali się grupą bardziej zjednoczoną, niż nasza reprezentacja.
Im bliżej było gwizdka kończącego pierwszą połowę, tym bardziej trybuny cichły. Polacy sporadycznie wychodzili ze swojej połowy, brakowało ruchu z przodu, który przekładał się na brak ruchu na stadionie. Nie porywała swoją grą także reprezentacja Niemiec, która mimo że siedziała na Polakach, nic nie wynikało. Nie było zorganizowanego dopingu. Co jakiś czas kibice pokrzyczeli, kilka razy poklaskali, raz przez trybuny przeszła meksykańska fala… Doping był jednak pozbawiony serca, ekspresji i jakby sztuczny. W końcu, jak przyszło się na mecz, to nie wypada siedzieć cały czas z założonymi rękami. I to chyba jedyny powód, dla którego wielu bez żadnych emocji na twarzy niezbyt często wspomagało naszych piłkarzy.
W przerwie pełno było dosyć sceptycznych komentarzy, że może uda się wybronić ten bezbramkowy remis, że zero gry… Niewiele osób mówiło o słabej grze naszych orłów, większość po prostu zgadzała się, że umiejętnościom nie dorównujemy mistrzom świata. Oglądający zpełnym zrozumieniem patrzyli na desperackie odbiory piłki naszym rywalom, widać było zanik jakichkolwiek nadziei, które i tak były obecne w ubogich ilościach.
https://www.youtube.com/watch?v=93ndS2MuhbQ
Wszystko zmieniło się wraz z pierwszym kontratakiem w drugiej połowie. Stadion ożył, doping stał się wyraźny i głośny. Punktem kulminacyjnym była bramka Arkadiusza Milika. Młody napastnik w 51. minucie wlał do serc Polaków nadzieję i wiarę. Każdy doszedł do wniosku, że wreszcie ten pierwszy raz musi nadejść i wspierali biegających obok piłkarzy jak tylko się dało. Szaliki, którymi ubrani w biało-czerwone koszulki ludzie machali, zdmuchnęły niemieckich kibiców niebędących już w stanie podnieść się z krzesełek. Brak zorganizowanego dopingu nie był problemem, bo cały czas coś się działo. Oklaski, okrzyki, ale również strach przed rywalami. Przy każdej przerwie w grze wszyscy patrzyli tylko na zegar – „ile jeszcze zostało do końca?!” Odśpiewany hymn porwał jednak ponownie 57 tysięcy ludzi, którzy jak jeden mąż stali od 80. minuty i nie myśleli nawet o zajęciu miejsca na krzesełku. Strach i nerwowość tylko dodawała siły kibicom, którzy z sekundy na sekundę coraz bardziej zdzierali sobie gardło. I wtedy też, pod niemiecką bramką Durma przepchnął się Lewandowski, podał piłkę do wbiegającego w pole karne Mili i 32-letni pomocnik, piłkarz, w którego w reprezentacji nikt nie wierzył, rozbujał Stadion Narodowy do granic możliwości. Szczęścia i euforii, która zapanowała na trybunach, nie da się opisać. Ludzie skakali, przytulali się, co niektórzy zaczynali płakać z radości. Sytuacja tak piękna, że nie opisze jej najzdolniejszy poeta, nie namaluje najbardziej kreatywny artysta.











