Seriale mają to do siebie, że w zasadzie nigdy nie wiadomo, kiedy się skończą. W Bundeslidze wiele odcinków miała seria niepokonanego Bayernu. Przyszła jednak „Kryska na Matyska”, jak mówili komentatorzy w popularnej grze piłkarskiej i pozostaje jednak pytanie, czy koniec tegoż serialu to kwestia sportowa, czy też raczej głupie odpuszczanie…?
Liga niemiecka w ostatnim czasie kojarzy się z niesamowitymi rekordami, jakie śrubuje… a właściwie śrubował zespół Pepa Guardoli – Bayern Monachium. Wyniki niebotyczne, jednak mało kto zerka na inne, mniej reprezentatywne serie w Bundeslidze. Mowa o… Hercie Berlin, która nie wygrała od, bagatela, ośmiu spotkań. Ostanie zwycięstwo ekipy Otto Rehhagela miało miejsce podczas meczu z VfB Stuttgart 2:1. Od tego momentu drużyna ze stolicy Niemiec trzykrotnie zremisowała i pięć razy poległa. Nic jednak dziwnego – jeśli strzela się w ośmiu spotkaniach cztery gole, to sukcesu próżno można szukać. Czemu mnie to dziwi? Czemu zajmuję się jakąś tam Herhtą Berlin, która przecież jest beniaminkiem Bundesligi i de facto niewiele znaczy w obecnym układzie niemieckiej ligi? A właśnie dlatego, że ci jeszcze niedawni drugoligowcy, mieli świetną rundę jesienną, po której zajmowali szóstą lokatę. Mało tego, wiele wskazywało na to, że mają spore szanse na wskoczenie jeszcze parę szczebli wyżej.

Skończyło się jednak dość niespodziewanie, ponieważ w 23. kolejce rozpoczął się bieg w dół tabeli. Dzisiaj piłkarze z Berlina zajmują dziesiąte miejsce, a następni chętni do wyprzedzenia Herthy już czekają i zapewne tak też się stanie. Jedyne co można powiedzieć w tej sytuacji to… szkoda, ponieważ była to ekipa wyglądająca całkiem przyzwoicie, a trzeba powiedzieć, że wejść do Bundesligi z taki przytupem, to wcale nie jest reguła.
Skoro o seriach mowa, to nadal nie opadł kurz po tej bajecznej – Bayernu Monachium, który przegrywając z Augsburgiem, zamknął licznik nieprzegranych meczów na liczbie 53. Nikt się tą porażką w zasadzie nie przejmował, ponieważ jak to się mówi: kiedyś przegrać musieli. Pozostaje jednak zadać sobie pytanie, czy przypadkiem jest, że stało się to w momencie, kiedy dopiero co „Bawarczycy” zapewnili sobie triumf w Bundeslidze? Cytując klasyka: nie sądzę! Żeby tego było mało, następnym pojedynkiem, w ostatniej zresztą kolejce była potyczka z Borussią, która zakończyła się sromotną porażką 0:3. Katastrofalny poziom, zupełnie nie przypominający klasy podopiecznych Pepa Guardioli. I to wszystko po zapewnieniu sobie mistrzostwa. Z jednej strony eksperci mówią: co w tym dziwnego? Przecież Guardiola musi oszczędzać zawodników na Ligę Mistrzów, bo się zajadą. Ok, tylko pamiętajmy, że ci kibice płacą bardzo duże pieniądze za bilety i zapełniają stadion do ostatniego miejsca. A tymczasem w spotkaniu, które uważa się za niemieckie El Clasico – Bayern gra jak, za przeproszeniem, Jagiellonia Białystok.











