Śląsk Wrocław zremisował z Legią Warszawa 1:1 w meczu o Superpuchar Polski. Bramki strzelali kolejno Rok Elsner i Daniel Ljuboja. O losach trofeum zdecydowały rzuty karne, które lepiej wykonywali mistrzowie Polski.
Superpuchar Polski jest traktowany przez polskie kluby jako zło konieczne, jednak sądząc po liczbie kibiców zgromadzonych na stadionie, dla nich jest to zło, które śmiało można zastąpić oglądaniem „Pamiętników z wakacji” czy „Dlaczego ja”. Piłkarze od początku spotkania sprawiali wrażenie, jakby w szatni obejrzeli jeden z takich programów i starali się rozgryźć cel jego przekazu. W pierwszym kwadransie mnożyły się niedokładne podania, ofensywni piłkarze nie kwapili się do wychodzenia na pozycję, ogólnie panowała miła wakacyjna atmosfera. Nieco zepsuł ją w 16. minucie Michał Żyro, który oddał zaskakujący strzał na bramkę Gikiewicza, ten jednak był na posterunku.

Potem Śląsk powoli zaczął budzić się ze snu, jednak wyglądało to tak, jakby mocno zaspany niedźwiedź spojrzał na zegarek i powiedział – Jeszcze pięć minut. Legia z kolei powoli w taki sen zapadała, dzięki czemu mistrzowie Polski zdołali uzyskać niewielką przewagę optyczną. Po 30 minutach wydawało się, że wszystko wraca do normy, Legia stworzyła dwie groźne sytuacje, ale efektu bramkowego wciąż nie było. Z kolei Śląsk w 41. minucie wywalczył rzut wolny na połowie rywala. Piłkę dośrodkował Mila, a doskoczył do niej Elsner, który lekkim, lecz precyzyjnym strzałem posłał ją w dolny róg bramki Kuciaka. To Śląsk schodził więc do szatni z niewielkim prowadzeniem, oby trener Lenczyk nie zafundował im kolejnego odcinku „Mody na sukces”, bo różnie mogłoby to wpłynąć na lekko odurzonych wrocławian.
W drugiej połowie Legia zaczęła grać w piłkę, a nie tylko ją kopać, i wyglądało to tak, jakby obudził się potężny kolos. Ten kolos stał mocno na solidnych nogach, lecz zamiast zadawać celne ciosy, zaczął bić głową w mur. Trudno policzyć wszystkie akcje, bo było ich co nie miara, lecz jedyny gol padł po świetnym strzale z rzutu wolnego Ljuboji. Później dwie wyśmienite okazje zmarnował Radović i chyba w końcu zapracował tym na wysłanie do psychologa lub okulisty. Wielkie brawa za drugą połowę należą się Rafałowi Gikiewiczowi, który dwoił się i troił w bramce mistrzów Polski i wiele razy ratował swój zespół przed niechybnym obaleniem przyjmującego kolejne ciosy muru defensywnego.
W końcówce szanse na rozstrzygnięcie losów Superpucharu Polski na swoją korzyść miał Śląsk, jednak po akcji Cetnarskiego na wysokości zadania stanął Kuciak. Na koniec zerwała się jeszcze Legia, ale jakoś tak bez przekonania, jakby rzuty karne były tym, czego oczekiwali, a przecież przez całą drugą połowę to legioniści gnębili wrocławian i powinni do samego końca dążyć do zwycięstwa, na które zresztą zasłużyli.











