Jerzy Brzęczek z uporem maniaka powołuje zawodników, z których w ogóle nie zamierza korzystać. Pierwszym sztandarowym przykładem jest Karol Linetty. Nowy piłkarz Torino w hierarchii selekcjonera jest tuż za konserwatorem powierzchni płaskich na Stadionie Narodowym. Mimo to dostaje powołania. Jednak dzisiaj nie będzie o środkowym pomocniku, a naszej lewej obronie. Zapraszamy!
Jerzy Brzęczek od początku kadencji – podobnie zresztą jak jego poprzednicy – cierpi na brak lewego obrońcy. Jednak, czy nie jest to problem wyimaginowany? Czy selekcjoner, tak jak „wspaniały” socjalizm, nie wymyśla problemów tam, gdzie ich nie ma po to, by dzielnie je zwalczać? Czy naprawdę musimy oglądać Bartosza Bereszyńskiego w roli lewego obrońcy?
Powyższy wpis dotyczy chyba każdego kibica reprezentacji Polski. Każdy z nas życzy sobie zobaczyć lewego obrońcę, z lewą nogą na lewej obronie. Po co kombinować i szukać kwadratowych jaj? Przecież mamy kilku lewonożnych zawodników.
Jerzy Brzęczek i Zaginiony lewy obrońca
Nagłówek brzmi troszeczkę jak kolejna część Harrego Pottera. Jednak nie jest on daleki od prawdy. Brzęczek nadal szuka lewego obrońcy mimo że miał 10 miesięcy wolnego czasu w którym mógłby wymyślić kogoś. Mimo to z uporem maniaka wciskany jest nam kit pod tytułem: Bereś na lewej obronie. Nie zrozumcie mnie źle, Bereszyński to klasowy obrońca. Być może godny następca Łukasza Piszczka, ale na PRAWEJ stronie. Na prawej, czyli tam, gdzie rzeczywiście potrafi grać.
Można zaklinać świat, że przecież Bereszyński zagrał dobry mecz przeciwko Holandii. Nie Panie Jerzy, Bereszyński nie zagrał dobrego meczu. Mało tego, popełnił ekstraklasowego babola. Czy wie Pan dlaczego? Ponieważ każe mu Pan grać na jego nienaturalnej pozycji. Bartosz Bereszyński grając na lewej obronie, zapomina o wszystkich aspektach taktycznych, które wtłoczyli mu do głowy we Włoszech. Taki błąd nie zdarzyłby mu się, gdyby grał na swojej nominalnej pozycji. Jestem o tym święcie przekonany.










