Za nami pierwsza runda fazy pucharowej. Przygotowaliśmy dla was zestawienie zawodników i trenerów, którzy w czterech ostatnich meczach najbardziej rzucili nam się w oczy. Zwróćcie uwagę na dominację Realu Madryt. „Królewscy” z Madrytu na boiskach Polski i Ukrainy błyszczą jaśniej niż ktokolwiek inny.
Gianluigi Buffon
Kapitan reprezentacji Włoch w meczu z Anglikami na pewno nie był najbardziej zapracowanym człowiekiem na boisku. Wyspiarze nie atakowali zbyt często, a gdy już to robili, ich strzały były bardzo słabe i bardzo przewidywalne. Miejsce Gigiego w jedenastce jest jednak bardzo pewne. W regulaminowym czasie gry popisał się cudowną interwencją po strzale Johnsona. Futbolówkę złapał z taką pewnością i takim spokojem, że można było odnieść wrażenie, że to wszystko to dla niego jedna wielka zabawa. Buffon pełnię swoich umiejętności zademonstrował dopiero w serii rzutów karnych. Anglicy wykonywali cztery „jedenastki”. Jedną Gianluigi obronił, jedna trafiła w poprzeczkę, a dwie kolejne wpadły do siatki po rękawicy Włocha. Przy odrobinie szczęścia (dłuższych nóg/krótszej bramki/większych dłoni) zawodnik Juventusu mógł dokonać wyczynu, który przeszedłby do historii. A tak został tylko bohaterem arcytrudnego ćwierćfinału. Idziemy o zakład, że Gigi nawet za bardzo się tym nie przejął – ot, kolejny, nie wiadomo który w karierze, wielki mecz.

Philipp Lahm
Kolejny kapitan w jedenastce. Defensor Bayernu Monachium w spotkaniu z Grecją otworzył wynik spotkania atomowym strzałem zza pola karnego. Jednak to trafienie było tylko wisienką na torcie. Każdy, kto oglądał mecz Niemców, widział, co wyczyniał Lahm. Był wszędzie. Na obu skrzydłach, na środku obrony, na rozegraniu, w polu karnym rywala. Wszędzie. Niewysoki defensor zapisał na swoim koncie aż cztery kluczowe podania – więcej miał tylko Mesut Oezil. Philipp wykonał 76 podań, czyli aż o piętnaście więcej niż Jerome Boateng, jego kolega z drugiej strony boiska. Co prawda Niemcy stracili w starciu z Grekami aż dwie bramki, ale za utratę żadnej z nich nie można winić Lahma. On był praktycznie bezbłędny. Jego doświadczenie promieniowało na kolegów i pozwoliło im rozegrać mecz, który pokazał pozostałym drużynom biorącym udział w czempionacie, że faworyt do triumfu jest tylko jeden.
Sergio Ramos
„Żelazny sierżant” z Canas wyraźnie się rozkręca. Pierwszy mecz w jego wykonaniu był słaby, drugi przeciętny, trzeci bardzo dobry, a czwarty praktycznie doskonały. Nie sposób mu cokolwiek zarzucić. Gra czysto, pewnie, odważnie i mądrze. W spotkaniu z Francją musiał mierzyć się z klubowym kolegą, Karimem Benzemą. Z zadania wywiązał się całkiem dobrze. Nie tylko sprawił, że wychowanek Lyonu ani razu nie trafił do siatki, ale też praktycznie zmusił go do zniknięcia. Asa „Trójkolorowych” długimi fragmentami meczu nie było wcale widać. A Sergio szalał. Miał najwięcej odbiorów, wślizgów i zablokowanych strzałów. Raz faulował, raz był faulowany. Gdy porównamy jego występ z popisami Gerarda Pique, dojdziemy do nieco smutnej, ale też bardzo znamiennej konstatacji, że Katalończyk to w tym momencie zawodnik o dwie klasy gorszy od Andaluzyjczyka. Defensor Barcelony ustępuje Ramosowi w każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła. Drugi kapitan Realu Madryt (i czwarty kapitan reprezentacji) wykonuje nawet więcej niż Gerard podań, a przecież to właśnie podania są najważniejszą częścią piłkarskiego rzemiosła Katalończyków.













