Powiedzieć o Kamilu Grosickim, że przez ostatnie wyczyny w sieci, ranę postrzałową i popisy aktorskie z meczu z Japonią czy parodię podczas negocjacji transferu do Bursasporu można spokojnie nazwać „TurboGrosika” delikatnie mówiąc niemądrym, to jak nic nie powiedzieć. Niegdyś wybaczono mu, że miał ogromny problem z hazardem. W zasadzie już nikt o tym nie pamięta. Wszystko było dobrze. Do czasu.
Pan piłkarz
Jeszcze kilkanaście tygodni temu Polak grający w Hull City znany był głównie ze swojej waleczności na boisku. Wszystkim nam kojarzył się głównie ze świetnymi występami na Euro we Francji czy podczas eliminacji do MŚ w Rosji. Nikt nie śmiał mówić w stosunku do niego o braku szacunku. Nikt nie śmiał twierdzić, że można się za niego wstydzić.
To był piękny czas dla polskiej piłki. Po fatalnych występach kadry na Euro 2012, eliminacjach do mundialu w Brazylii nastał czas odrodzenia. Wizerunek piłkarzy, którzy dotychczas kojarzyli się nam głównie z brakiem zaangażowania, brakiem ambicji i ewentualnie z ludźmi zarabiającymi krocie, tak w zasadzie za nic, ocieplił kanał Łączy Nas Piłka na YouTube. Vlogi ze zgrupowań kadry stały się tradycją. Jednym z piłkarzy, którego kibice pokochali za poczucie humoru, był nasz bohater Kamil Grosicki.
Wizerunek Kamila kojarzył się głównie z profesjonalistą. Profesjonalistą, który zawsze chciał grać w piłkę na najwyższym poziomie. Stąd postanowił opuścić Ligue 1, w której świetnie sobie radził, na rzecz Premier League, w której o grze marzył od dziecka. Miał być transfer last minute do Burnley. „Przegląd Sportowy” zaliczył wtedy niemałą wtopę, gdyż jeszcze przed zamknięciem okienka transferowego, kiedy wydawało się, że już wszystko dopięte jest na ostatni guzik, dziennik postanowił zamknąć wydanie gazety, na okładce której znajdował się news dnia. A może wieczoru. „Kamil Grosicki piłkarzem Burnley”, jednakże transfer nie doszedł do skutku. Trudno tutaj było winić Polaka. Można było uznać, że miał wtedy pecha. Niedługo później trafił do Hull City.
Okres w klubie nie mógł mu się podobać. Jego Hull spadło do Championship, a i tam musiało walczyć o utrzymanie. Jednakże jego pozycja w kadrze nie była nawet delikatnie zachwiana. Nikt nie wyobrażał sobie składu reprezentacji na mecz o stawkę bez Kamila na lewym skrzydle. To było jego miejsce, które trudno będzie zastąpić. A o które może być spokojny. Do czasu…
Pierwszy sygnał
Dostaliśmy 4:0 w Kopenhadze. Nastał trudny czas dla reprezentacji. Ale wydawało się, że tylko na chwilę. Trzy dni później graliśmy mecz z Kazachstanem, dzięki któremu mieliśmy zapomnieć o blamażu z późniejszymi uczestnikami 1/8 finału MŚ. Okazało się, że nie była to bułka z masłem, ale raczej ciężkostrawna potrawa, którą ostatecznie jakoś przetrawiliśmy. Wynik 3:0 mógł satysfakcjonować, ale nie do końca tak było. Przez ponad godzinę męczyliśmy się i dopiero pod koniec strzeliliśmy dwie bramki.
Grosicki nie był tym samym piłkarzem co w meczu z Rumunią. Ewidentnie czegoś mu brakowało. Co również warte odnotowania, kilka dni wcześniej spotkał się w hotelu z Arturem Szpilką, a fani szydzili, że prawdopodobnie słabsza dyspozycja „Grosika” spowodowana jest właśnie spotkaniem z bokserem. Na domiar złego podchwycił to również na Twitterze niedawny rywal i pogromca Szpilki, Adam Kownacki.
Potem było już tylko lepiej. Wysokie zwycięstwa nad Armenią i Czarnogórą przypieczętowały awans Polski na mundial. W owych dwóch meczach niemała była zasługa Grosickiego, który zdecydowanie lepiej gra, kiedy nie myśli o ewentualnych przenosinach. Następnie sparingi, aż wreszcie wymarzony wyjazd do Rosji.
„Cztery razy K”
Co dobrego można napisać o drużynie Adama Nawałki podczas tegorocznego mundialu? Nie było wśród nas osób, które nie wierzyłyby w awans co najmniej do 1/8 finału. Tam czekać nas miało starcie z Belgią czy Anglią. Z drużynami, które polski kibic prawdopodobnie jeszcze przed przylotem jego ulubieńców do Soczi rozkładał na czynniki pierwsze, zdając sobie sprawę, że na mur beton to nasi przyszli rywale. Nic bardziej mylnego.
Balonik oczekiwań napompowany był do takich rozmiarów, że kadrowicze najprawdopodobniej nie byli w stanie go unieść, aż w końcu pękł. Nadzieja milionów Polaków, że tym razem będzie lepiej, upadła po meczu z Kolumbią. Czekało nas jeszcze tylko starcie z Japonią i „wakacje”. Wakacje, które naszemu lewemu skrzydłowemu nie przyniosły nic dobrego. Mecz z Japonią zresztą też.
Pojedynek z krajem samurajów miał osłodzić czarę goryczy. To był tylko mecz o honor, ale ilekroć jakiś znany ekspert wypowiadał się w telewizji na temat owego spotkania, mogliśmy usłyszeć, że to coś więcej niż honor. Z orzełkiem na piersi zawsze należy dawać z siebie wszystko. Nieważne przeciwko komu, nieważne, czy o jakąś wielką stawkę. ZAWSZE!
Niestety wychodzi na to, że nasi piłkarze pod koniec meczu, nie wzięli sobie tych pięknych słów do serca. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Kamil Grosicki, który zamiast doskakiwać mocnym pressingiem do rywala, jak reszta nie tylko stał w miejscu, ale prawdopodobnie dostał niewytłumaczalnego skurczu, padając na murawę na rozkaz Adama Nawałki. Jego niebywałe zdolności aktorskie natychmiast podłapali internauci.
Obrazek majestatycznie upadającego Grosickiego, niczym scena rodem z Hollywood z „Miasta 44”, to obraz upadku Polski na tym mundialu. Co prawda swoje trzy grosze żenady dorzucił tutaj także Adam Nawałka, w końcu zadowolony był, że jego podopieczni realizowali założenie niskiego pressingu.
Niski pressing w wykonaniu całej drużyny, nie tylko Kamila, był jak woda na młyn dla hejterów reprezentacji. Sam osobiście mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że utożsamiłem się z tą kadrą. Przełknąłem gorycz porażki z Kolumbią, wylewając wcześniej dziesiątki mililitrów łez. W samotności, bo wcześniej wykłócałem się, czy to ze wszystkimi że taki jest futbol. Jakoś dało się zrozumieć porażkę z Kolumbią, nawet płaczącego Grosickiego było mi szkoda. „Broniłem” ich, ktoś nazwał mnie „adwokatem” tych piłkarzy. Jednakże to, co stało się w końcówce meczu z Japonią, ciężko było mi wytłumaczyć.
Problemy w social mediach
Każdy ma prawo spędzać wakacje, jak mu się podoba. Czy jest to licealista, który zawalił maturę, mąż, który zdradził żonę, czy też piłkarz po nieudanym mundialu, ma prawo robić, co chce. Ma prawo także chwalić się tym w internecie. Jednakże ekscesy Grosickiego w sieci potwierdzają, że powinien on na jakiś czas dać sobie spokój z mediami społecznościowymi. Sofii Ennaoui pomogło to w zdobyciu medali na mistrzostwach Europy.
Jeśli piłkarz mówi o sobie, że jest profesjonalistą, ale ma problem z hejtem, oznacza, że coś tutaj jest nie tak. Żyjemy w czasach, w których media społecznościowe z dnia na dzień stają się coraz popularniejsze. Ponad połowę obserwujących stanowią fani, a drugą połowę hejterzy, którzy tylko czekają, by móc zabłysnąć świetnym komentarzem pod zdjęciem popularnego piłkarza.
Niestety Kamil dał się sprowokować i sfrustrowany odpisał niezbyt ładnie na kilka z komentarzy internautów. Ludziom się to nie spodobało. Bardzo szybko podchwyciły to media, można powiedzieć, że zrobiła się z tego mała afera rodem z tabloidów.
Korzystanie z social mediów Grosickiego, co trzeba jasno powiedzieć, nie jest prowadzone konsekwentnie. Niedawno nowy selekcjoner reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek postanowił nie powoływać piłkarza Hull City prawdopodobnie ze względu na liczbę rozegranych meczów w tym sezonie. Rozegrał raptem 22 minuty w ramach Carabao Cup z Sheffield United, w żadnym meczu ligowym Championship nie spędził na boisku ani minuty. Kamilowi nie spodobało się to, że nie dostał zaproszenia na mecz z Włochami i Irlandią. Z pewnością było to dla niego trudne.
Jednak zamiast solidnie trenować, a przy okazji wspierać kolegów z reprezentacji, tak jak choćby rok temu Krychowiak, który był w tej samej sytuacji i nie dostał powołania na mecz z Danią, polubił tweety kibiców, którzy uważali, że Brzęczek powołał niesłusznie Błaszczykowskiego w zamian za Kamila. Mógł zarzucać brak konsekwencji selekcjonerowi, w końcu Kuba również nie grał praktycznie wcale. Jednakże sam zachował się niekonsekwentnie, gdyż polubień takich postów już nie znajdziemy na jego koncie.
Turecka parodia
W ostatnich dniach sierpnia Grosicki wstawił zdjęcie, a gdzieżby indziej, na Instagrama z herbatką turecką na pierwszym planie. Już było niemalże pewne, że nowy klub Grosickiego będzie z tureckiej Super Ligi.
Media trąbiły, jeśli dobrze pamiętam, to już chyba w Teleexpressie (godzina 17) podano wiadomość, że jest na testach medycznych. Pamiętam jednak dobrze, że w wieczornym wydaniu wiadomości sportowych na TVN-ie już ta informacja padła na pewno. Na bank już tam zagra. Przyznam szczerze, ucieszyłem się. Chciałem, by grał, może odnalazłby się w nowym klubie. Nałapałby regularnych występów, co z pewnością pomogłoby mu tylko w powrocie do kadry.
Jest ostatni dzień transferowy. Nic w tym dziwnego, Kamil już nas przyzwyczaił do tego, że ma dziwne hobby, czyli latanie samolotem w ostatni dzień sierpnia, a co za tym idzie, letniego okienka transferowego. Oczywiście w wiadomym celu. Mijają minuty, mijają godziny. A okazuje się, że choć wszystko jest już zaklepane, nasz bohater postanowił po angielsku tak po prostu uciec. Prawdopodobnie poszło o warunki finansowe. Mówi się, że Grosicki oczekiwał z góry zapłaty za dwuletni kontrakt. Klub nie był w stanie tego zagwarantować. Jakiś mały dowód? Proszę bardzo…
Jest godzinę przed północą czasu polskiego, w Turcji koniec okienka. Liga postanowiła dodać godzinę ekstra. Mówiło się o Trabzonsporze, który jest dobrze znany polskim kibicom, grał tam Adrian Mierzejewski. Niestety okazało się, że Grosicki zachował się jak dziecko. Tak po prostu postanowił wyjść. Ktoś by mógł powiedzieć, że to prawdopodobnie przez manadżera. Nie wątpię, jest to jak najbardziej możliwe. Ale robienie takiego cyrku zakrawa o pomstę do nieba. Wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd.
Wszyscy śmiejemy się z Kapustki, jak to wspaniały chłopiec „namaszczony” przez Linekera stoczył się, trafiając do Leicester, a potem do Freiburga, gdzie nie dawano mu szansy, prawdopodobnie przez braki w przygotowaniu fizycznym, zmuszony jest grać od wczoraj w II lidze belgijskiej. Fakt, kariera Kapustki poprowadzona została fatalnie. Aczkolwiek Bartek, choć miał małą przerwę, nadal się rozwija, w przeciwieństwie do Grosickiego, który od kilku tygodni, można powiedzieć, że się zwija.
Pamiętajmy o przywiązaniu Kamila do naszych narodowych barw. Ostatnio głośno było o słowach Piotra Żelaznego, który słusznie stwierdził, że Grosicki na pewno za owe barwy, za orzełka na piersi dałby się pokroić. Jeśli Kamil to czyta, niechże uderzy się w pierś i weźmie w garść. Bo kadra go potrzebuje, ale tylko wtedy, kiedy jest w formie. A powrót do formy dla Grosickiego nie powinien być problemem. Jeśli człowiek wychodzi ze szpon nałogu, w jego wypadku hazardu, to o jego powrót jestem spokojny. To nie jest pestka, a trudny moment w życiu z pewnością będzie niczym lekcja. Być może najważniejsza.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Po tym co widzimy w dzisiejszych meczach można już powiedzieć, że na mistrzostwa przyjechały 32 zespoły z czego:
- 31 przyjechało walczyć o o wszystko
- 1 drużyna przyjechała na wakacje
Wakacje kończą się w czwartek.
#POL#COL#POLCOL#ESPMAR#IRNPOR
Działacze Bursasporu dalej przygotowywali kontrakt i próbowali skontaktować się z agentem. Bezskutecznie. Z piłkarzem też brak kontaktu. Pojechali do hotelu i dowiedzieli się, że nie ma po nich śladu.