Po druzgocącej porażce na mundialu w 1950 roku oraz niesprostaniu złotej jedenastce węgierskiej w ćwierćfinale roku 1954 mundial w Szwecji stał się dla Brazylijczyków obsesją. Podczas gdy Oscar Niemeyer budował nową stolicę kraju, prezydent Kubitschek obiecywał pięćdziesięcioletni wzrost gospodarczy w ciągu pięciu lat, reprezentacja Brazylii przygotowywała się do mundialu.
Przed turniejem dr Hilton Gosling bardzo często podróżował na trasie Brazylia – Szwecja, wszystko miało chodzić jak w szwajcarskim zegarku. Sprawdzał i badał wszystko: jaka pogoda jest w Skandynawii, co się tam jada, jeździł z ośrodka do ośrodka, aby wybrać ten, który będzie najbardziej Brazylijczykom odpowiadał. „Canarinhos” zatrudnili cały sztab, który nawet w dzisiejszych czasach wydaje się imponujący. W ekipie byli wszyscy, począwszy od lekarzy różnych specjalności, dietetyków, kucharzy, skończywszy na ekspertach od przyrządzania napojów. Był też psycholog, dr Joao Carvalhaes, który przed wylotem na turniej przeprowadził testy psychologiczne wśród piłkarzy, aby zobaczyć, czy wytrzymają presję, która na nich ciążyła.
Testy wypadły dość ciekawie, według doktora dwóch zawodników nie powinno jechać na turniej, Pele i Garrincha. W przypadku tego drugiego trudno nie zgodzić się z Carvalhaesem, w końcu historię Garrinchy każdy zna doskonale, lecz argumentacja wobec króla futbolu z perspektywy czasu wydaje się wręcz komiczna: – Pele to osobowość infantylna. Brak mu woli walki. Nie ma niezbędnej siły wewnętrznej, by stać się wysokiej klasy napastnikiem. Nie rozumie zasad gry zespołowej ani odpowiedzialności za swoje działanie w drużynie. Zdecydowanie nie nadaje się do gry w piłkę – argumentował doktor. Jak dobrze, że trener Feola nie posłuchał doktora…
Drużyna rozpoczęła przygotowania z początkiem maja. Rozegrała dwumecz z Paragwajem, pierwszy mecz rozgrywany w Rio de Janeiro wygrała 5:1 (dwa gole Zagallo, po jednym Vava, Dida, Pele), w drugim rozgrywanym w Sao Paulo padł bezbramkowy remis. Następnie przyszła kolej na dwumecz z Bułgarią. I znów pojedynek w Rio i wygrana 4:0 (dwa gole Moacira, Dida i Joel po jednym) oraz spotkanie w Sao Paulo i zwycięstwo 3:1 (dwa razy Pele i raz Pepe). 21 maja drużyna zagrała jeszcze towarzysko z Corinthians, wygrywając 5:0. Następnie ekipa udała się na Stary Kontynent. Krótki obóz we Włoszech, dwa nieoficjalne mecze z Interem oraz Fiorentiną, oba wygrane 4:0, i można było lecieć do Skandynawii.
Podczas podróży do Szwecji wielu piłkarzy pierwszy raz leciało samolotem. Gracze „Canarinhos” raczej nie mogli pochwalić się arystokratycznym pochodzeniem, wychowywali się w biedzie, nie dbali o higienę, wielu było analfabetami, ich psychika była zachwiana. I ta właśnie grupa ludzi zmieniła oblicze piłki. Można śmiało postawić tezę, iż mimo tak imponujących przygotowań drużyna brazylijska powstała dopiero na turnieju. W końcu Garrincha miał nie jechać, Pele też do gry nie był gotów, jechał na mundial z kontuzją, a powołanie dla niego było głównie zasługą dziennikarzy i kibiców, którzy wywarli na trenerze ogromną presję.
Pierwszy mecz Brazylijczyków poszedł zgodnie z planem, na stadionie Rimnersvallen w mieście Uddevalla po dwóch gola Mazzoli oraz trafieniu Niltona Santosa „Canarinhos” wygrali 3:0. Po upływie trzech dni, 11 czerwca, przyszedł czas na mecz z Anglią, lecz 30 tysięcy widzów, którzy obserwowali mecz w Göteborgu, nie doczekało się goli, pojedynek skończył się bezbramkowym remisem.










