Irlandczycy, którzy prawo gry na boiskach Polski i Ukrainy zapewnili sobie już w pierwszym meczu, męczyli się dziś z Estonią. Wyraźnie chcieli przetrwać spotkanie bez urazów i bez większego zmęczenia. Poskutkowało to wynikiem 1:1. Bramki zdobywali Ward i Wasilijew
Pierwszy z meczów barażowych pomiędzy Estonią a Irlandią zakończył się pogromem. Gracze z Wysp Brytyjskich rozbili rywali aż 4:0 i do spotkania rewanżowego podchodzili na luzie. Mimo to trener Trapattoni nie ryzykował i postawił na możliwie najmocniejszy skład.

Starcie rozpoczęło się zgodnie z przewidywaniami – od ataków gospodarzy. Irlandczycy przez pierwszych kilka minut bez wytchnienia atakowali. Najpierw w zamieszaniu w polu karnym strzelać próbował Damien Duff, później z rzutu wolnego niemal z bocznej linii pola karnego uderzał Hunt, potem strzelał Doyle, a następnie Keane. Estończycy mogli zostać dobici już w 6. minucie. Na szczęście dla nich, z jednej strony dobrze bronił Londrak, z drugiej zaś celowniki graczy Trapattoniego były na razie mocno rozregulowane. Jeśli chodzi o zapędy ofensywnego gości, to ograniczały się one do mocno bitych w pole szesnastu metrów piłek na głowy napastników. Nic z tego oczywiście nie wynikało.
Z czasem mecz się zaostrzył, Irlandczycy jak to Irlandczycy – faulowali dla frajdy. Owocem nagłego wybuchu boiskowej brutalności była kontuzja Krugłowa, który został zniesiony za linię boczną i na boisko już nie wrócił. W 24. minucie zastąpił go Sander Puri. Nieoczekiwana zmiana nie wpłynęła na obraz gry. Irlandczycy stwarzali większe zagrożenie, chociaż trzeba przyznać, że i Estończycy momentami konstruowali całkiem składne akcje. Niestety, kończyły się one pod nogami/na głowach obrońców gospodarzy.
W 32. minucie malutki, ledwo tlący się płomyk nadziei gospodarzy został zdmuchnięty przez Stephena Warda. Irlandczyk dobił strzał Kevina Doyle’a i wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie, które wymuszało na Estończykach zdobycie pięciu bramek. Szanse na to były tak zerowe, jak to jest tylko możliwe. Co prawda, chwilę po bramce gospodarzy swoją szansę miał Vladimir Voskoboinikov, ale piłka nie znalazła drogi do siatki. Jeszcze przed przerwą piłkarze obu drużyn mieli okazje do wpisania się na listę strzelców, ale były to okazje na tyle marne, że niewarte opisywania.

Druga połowa rozpoczęła się od mocnego uderzenia niemających nic do stracenia Estończyków. Gdyby Saag nie był na spalonym, Shay Given mógłby wyjmować piłkę z siatki. Chwilę później groźnie uderzał Konstantin Wasilijew. Trapattoni musiał nakazać swoim podopiecznym granie raczej defensywne. Pięciobramkowa zaliczka to zaliczka co najmniej solidna – nie ma sensu się męczyć, niech męczą się rywale. Tarmo Ruutli zwietrzył okazję na chociaż honorowy remis i dokonał typowo ofensywnej zmiany – napastnik w miejsce obrońcy. I zadziałało! Konstantin Wasilijew zdobył bramkę, której nie powinien zdobyć. Given powinien to obronić. Takie strzały z takiej odległości bramkarze zwykli łapać bez większego trudu. Ale cóż, nie udało się. Remis.










