Po tym, jak ucichły emocje związane z szaloną hiszpańską sobotą, czas na mecze niedzielno-poniedziałkowe, może troszkę mniej hitowe, ale z pewnością warte uwagi.
Levante Walencja – Malaga CF
Niespodziewany wicelider z Walencji podejmie na własnym terenie arabską Malagę, która aktualnie zajmuje czwarte miejsce w tabeli La Liga. W poprzedniej kolejce obie drużyny wygrały swoje mecze. Levante odprawiło z kwitkiem dotychczasowego lidera – Betis. Andaluzyjczycy po dreszczowcu wyrwali punkty Getafe, decydującego o triumfie gola strzelając w ostatnich minutach (przewrotką! Baptista!).
W obozie gospodarzy pojawił się niedawno strach – w ciągu kilku dni z kadry wypadli dwaj napastnicy. Na szczęście dla Levante, zarówno Kone, jak i Aranda wrócili wczoraj do treningów, nic nie stoi więc na przeszkodzie, by któryś z nich zawalczył w meczu z Malagą. Z kontuzją ciągle zmaga się Rafa Jorda.

W Maladze dwa poważne ubytki kadrowe – do gry niezdolni są Baptista i Duda. Obaj dla drużyny Manu Pellegriniego praktycznie niezbędni, obaj raczej nie od zastąpienia. Problemy zdrowotne dokuczały ostatnio również Rondonowi i Demichelisowi (Argentyńczyk zemdlał na jednym z treningów reprezentacji swego kraju), ale w ich przypadku występ w niedzielnym meczu jest całkiem prawdopodobny. Chilijski trener Malagi, nie chcąc ryzykować podejmowania decyzji w ostatniej chwili, do kadry meczowej włączył trzech graczy drużyny rezerw. Tak na wszelki wypadek.
Faworytem tego meczu jest Malaga. Powód jest oczywisty – ma lepszych piłkarzy. Nawet bez „Bestii” siła ataku Andaluzyjczyków jest przytłaczająca. Zdaje sobie z tego sprawę trener Levante, który, dostrzegając oczywistą siłę przyjezdnych, liczy jedynie na dobry mecz swoich podopiecznych. Ani słowa o komplecie punktów.
Sevilla FC – Real Sporting Gijon
Przed drużyną z Sanchez Pizjuan pozornie łatwe zadanie – mecz z czerwoną latarnią ligi. Sporting w sześciu spotkaniach zdobył tylko jeden punkt i nic nie wskazuje na to, by prędko zaczął zdobywać ich więcej. Manolo Preciado ma, nie oszukujmy się, bardzo, bardzo słabą drużynę, w której największymi gwiazdami są piłkarze pokroju de la Cuevasa czy Barrala. Chlubnym wyjątkiem jest lewy obrońca, Roberto Canella, którego potencjał pozwala mu marzyć o grze w Lidze Mistrzów, nie Segunda Division. Los, chyba chcąc wynagrodzić Sportingowi generalną marność kadry, oszczędził ekipie z Gijonu kontuzji. Do gry niezdolny jest kanaryjski napastnik Carmelo, ale to nikogo, nawet jego samego, nie obchodzi.
W Sevilli jest gorzej – nie zagra Alvaro Negredo. Hiszpan ostatnio złapał lekką zadyszkę, ale ciągle pozostaje czołowym zawodnikiem Andaluzyjczyków, nadal ma niebagatelny wpływ na kształt akcji swojej drużyny. Reszta piłkarzy Sevilli jest zdrowa i bardzo zmotywowana, by na własnym terenie ograć słabeusza. Czy im się to uda? Raczej tak.











