Mistrzostwa Europy w 2008 roku były wyjątkowe z wielu powodów, jednak dla Hiszpanów i Polaków był to szczególnie pamiętny turniej. Hiszpania stworzyła legendę, wygrywając Euro w pięknym stylu, z kolei Polska po raz pierwszy w historii znalazła się w gronie 16 finalistów.
Poprzednia część artykułu dostępna pod tym linkiem: Historia Euro – część 4
Jeśli ktoś kiedyś marzył o mistrzu idealnym, to… wiedział, że się takiego nie doczeka. Każdy z dotychczasowych mistrzów Europy miał swoje wady i zalety. Niektórzy jak Francja rozjeżdżali swoich przeciwników niczym walec na paliwie rakietowym, inni jak Holandia czy Dania miażdżyli rywali swoją fantazyjną ofensywą. Tym zespołom zawsze jednak brakowało kropki nad i, może był to brak równowagi pomiędzy defensywą a ofensywą, może ich dominacja trwała zbyt krótko, ale nie powinno się przecież zbyt dużo oczekiwać. Jest takie przysłowie, które mówi, że można grać jak nigdy i przegrać jak zawsze.

Eliminacje do turnieju finałowego nie wskazały zdecydowanego faworyta. Co prawda Włosi czy Hiszpanie wygrali swoje grupy, ale jeśli mamy nawiązać do wcześniej wspomnianego walca drogowego, to tym razem był on napędzany tanim paliwem przemycanym z Rosji. Najbardziej efektownie zaprezentowali się Grecy, Czesi i Chorwaci. Ten ostatni zespół sprawił nie lada niespodziankę, wyrzucając za burtę reprezentację Anglii. To nie jedyna niespodzianka, ponieważ w grupie D Niemcy oddali pierwszeństwo Czechom, a w grupie F Holendrzy musieli uznać wyższość Rumunów, jednak w ich wypadku nie wiązało się to z końcem marzeń o finałach Euro 2008. Najbardziej zaskoczyło rozstrzygnięcie w grupie A, w której faworyt – Portugalia – ustąpił miejsca niżej notowanej Polsce. Początek nie wróżył nic dobrego – Polska przegrała z Finlandią i zremisowała z Serbią, przełamując się w meczu z Kazachstanem (wymęczone 1:0). W spotkaniu z Portugalią coś w Polakach drgnęło i okazało się, że jesteśmy w stanie walczyć jak równy z równym z wicemistrzami Europy i nawet… wygrać! Mimo wielu wzlotów i upadków udało się Polsce wyjść z pierwszego miejsca w grupie, choć należy pamiętać, że „Biało-czerwoni” mogli się pochwalić najmniejszym dorobkiem punktowym ze wszystkich zwycięzców grup, mimo iż rywalizowali w grupie składającej się z ośmiu zespołów, a w pozostałych było po siedem drużyn.
Polska trafiła do grupy B razem z Niemcami, Chorwacją i współgospodarzami turnieju – Austrią. Zaczęło się od meczu z Niemcami. Lukas Podolski dwukrotnie pokonywał Artura Boruca i zapewnił naszym zachodnim sąsiadom zwycięstwo 2:0. Zawodnik urodzony w Zabrzu wyraźnie unikał eksponowania radości po zdobywanych golach, jednak nie zmieniło to faktu, że wystąpił on w roli kata „Biało-czerwonych”. Kolejne spotkanie było niezwykle dramatyczne. Gospodarze po porażce w pierwszym meczu z Chorwacją byli już jedną nogą poza turniejem, musieli wygrać, by liczyć się w walce o awans. Od pierwszej minuty ruszyli do huraganowych ataków, stłamsili Polaków na własnym polu karnym, ale w 31. minucie zupełnie niespodziewanie Roger Guerreiro wyprowadził zespół Leo Beenhakkera na prowadzenie. W końcówce spotkania wydawało się, że już nic się nie stanie, Austria atakowała, ale bez pomysłu. Jednak w pozornie niegroźnej sytuacji arbiter dojrzał, że jeden z polskich piłkarzy położył ręce na plecach austriackiego napastnika, a że miało to miejsce w polu karnym, podyktował „jedenastkę”. Vastić wykorzystał rzut karny, a nazwisko Howarda Webba zostało na długo w pamięci kibiców znad Wisły. Na pożegnanie graliśmy z Chorwacją, która miała już awans w kieszeni. Skromne 1:0 po golu Klasnicia nic nie zmieniło w układzie tabeli, nie zmieniłaby się ona, nawet gdyby Polska wygrała, gdyż Austriacy ulegli Niemcom w identycznym stosunku. Historyczny debiut Polaków na Euro zakończył się zajęciem czwartego miejsca w grupie.









