Urodzony 21 kwietnia w 1990 w St. Gallen w Szwajcarii, liczący 191 cm rosły napastnik to Serb. W młodości trenował kickboxing, dzięki czemu, jak sam twierdzi, ma „lepszą gibkość”. Aktualnie występuje w arabskim Al-Ittihad, w którym otrzymał kontrakt życia. Zanim do tego doszło, „Prijo” zwiedzał różne kluby i ligi. Mimo wszystko najlepiej zapamiętają go kibice PAOK Saloniki, w którym przeszedł do historii klubu.
Dzisiaj większość osób interesujących się piłką nożną, a w szczególności ligą grecką lub polską, bez większego zastanowienia odpowie, że wie, kim jest Aleksandar Prijović. Dlaczego mówi się o nim tak, a nie inaczej, oraz że to gracz z górnej półki? Patrząc głębiej w przebieg i historię jego kariery, zanim nastąpił przełom, tak kolorowo wcale nie było. Pomimo że od 2007 roku naprzemiennie występował w młodzieżowych reprezentacjach Serbii i Szwajcarii, w seniorskiej kadrze zadebiutował dopiero 11 czerwca 2017 w meczu Serbia – Walia, notując wówczas asystę przy bramce Aleksandara Mitrovicia.
Podobnie bywało z jego klubową karierą, zanim trafił do stolicy Polski. Serb bez większego powodzenia obijał się po różnych krajach. W sumie w całej swojej karierze zaliczył 14 klubów, między innymi: Parma Calcio 1913, Derby County, FC Sion czy Boluspor w TFF 1. LIG – to właśnie dopiero w tym zespole zanotował warte uwagi statystki. 16 bramek zdobytych w 31 spotkaniach rozegranych na zapleczu tureckiej ekstraklasy zaowocowało transferem „Serbskiego Olbrzyma” do Legii Warszawa, co było punktem zwrotnym w jego karierze. „Wojskowi” zapłacili za niego kwotę 375 tysięcy euro. Patrząc na przebieg wydarzeń, to kropla w morzu w porównaniu z jego aktualną wartością.
Następna stacja: Warszawa – Łazienkowska 3
9 lipca 2015 transfer został sfinalizowany. Jak stwierdził piłkarz w wywiadzie na YouTube dla Kacpra Ruszczaka: – Miałem ofertę z Lecha Poznań, ale zdecydowałem się na Turcję. To był dobry krok, bo teraz jestem w największym polskim klubie – mówił, chwaląc stołeczny zespół za załatwienie wszystkich formalności w jeden dzień. Jak na 20-latka można śmiało było o nim rzec „stary wyjadacz”. Pewny siebie, gotowy do walki o najwyższe trofea. Zadebiutował w meczu 2. rundy eliminacji Ligi Europy z FC Botosani, zmieniając w 68. minucie Nemanję Nikolicia, z którym nieraz tworzył zabójczy duet w ekstraklasie. Pierwszą bramkę dla klubu zdobył w rewanżu przeciwko FC Botosani. Szybko został dostrzeżony za swój twardy charakter i nazywany „Zlatanem z Legii”. Jak sam stwierdził: – Mnie się kocha albo nienawidzi.
Cały okres jego gry w Legii trudno jest jednoznacznie określić. Zaledwie 13 goli w 44 występach w ekstraklasie to niezbyt powalający wynik. Momentami tworzył fenomenalne duo z węgierskim napastnikiem, by za jakiś czas obserwować mecze z ławki rezerwowych lub spoza niej. Przez okres pobytu w Legii miał okazję współpracować z czterema menedżerami – począwszy od Henninga Berga, kończąc u boku Jacka Magiery. Choć trudno nazwać to współpracą. Najczęściej musiał udowadniać swoją wartość i cierpliwie czekać na szanse. Jak sam kiedyś stwierdził: – . Potrafił wejść z ławki i odmienić losy meczu. Właśnie to odróżnia go od przeciętnego napastnika. To typ nie do zdarcia, który poradzi sobie w każdych warunkach. Legioniści oprócz świetnych meczów przeciwko Lechowi Poznań zapamiętają go także za dwa gole z Borussią Dortmund w wysoko przegranym meczu 8:4 w Lidze Mistrzów.











