Są na świecie kluby duże, małe, biedne, bogate, wygrywające, przegrywające, z historią i tradycją, bezduszne nowotwory, takie, które wiecznie osiągają wyniki ponad stan, oraz te, które cały czas zawodzą. Do tych ostatnich najlepiej pasującym przykładem zdaje się być Hertha Berlin. To zespół, który co roku otwiera nowy projekt i mówi: jak nie teraz, to kiedy. W tym sezonie miało być identycznie, ale już wiemy, że znów oczekiwania przerosły rzeczywistość.
Jesteśmy właśnie w trakcie ostatniej kolejki Bundesligi w tym roku. Większość drużyn zagrała już po 13 spotkań. Hertha Berlin swój ostatni mecz w tym roku rozegra dziś. Ale jakby w nim nie zagrała, to i tak nie zatuszuje negatywnego obrazu ostatnich 12 miesięcy.
Ani gry, ani wyników
14. lokata po rozegraniu sobotnich spotkań i raptem 13 punktów na koncie. To rzeczywistość, której bliżej do walki o utrzymanie niż gry o puchary. A przecież to miał być cel zespołu Labbadii. A na chwilę obecną berlińczycy do ostatniego miejsca gwarantującego występ w pucharach tracą osiem punktów.
Jeżeli jednak wygrywasz tylko trzy spotkania w dotychczasowych 12 i masz ujemny bilans bramkowy, to trudno nawet się łudzić lepszą przyszłością. Z ostatnich pięciu spotkań „Stara Dama” wygrała ledwie jedno. A rywalizacja z Mainz, mimo że nieprzegrana, była najlepszym dowodem na problemy i bezradność zespołu Bruno Labbadii.
No bo jak nie możesz wykreować okazji na tle przedostatniej drużyny ligi, to dobrze nie jest. Hertha w tym spotkaniu nie oddała celnego strzału, a w całej drużynie trudno było kogokolwiek bądź cokolwiek wyróżnić. Sam nie wiem, co było większym absurdem. To spotkanie czy pomeczowa wypowiedź Bruno Labbadii o stanie płyty boiska.
Spójrzcie na naszą murawę. Na niej nie da się grać piłką.Bruno Labbadia









