Marek Górecki, ekspert futsalu w Polsce, podsumował zakończone w niedzielę futsalowe mistrzostwa świata. Nie zabrakło pytań na temat problemu polskiej piłki halowej.
Zaczniemy z grubej rury. Przed meczem finałowym był Pan przekonany, że Brazylijczycy staną na najwyższym stopniu podium.
Od samego początku twierdziłem, że do momentu zakończenia meczu finałowego nie podejmę się odpowiedzi na to pytanie. O ile skład finału był przewidywalny, o tyle jego rozstrzygnięcie na pewno nie. Gdzieś tam w podświadomości wydawało się, że puchar zostanie w rękach „Canarinhos”, ale gdybym miał grać u bukmacherów, to obstawiłbym…1X2.
Czy Kolumbia była największym zaskoczeniem mistrzostw świata?
Na pewno tak. Awans debiutanta do najlepszej czwórki zawsze jest wielkim zaskoczeniem. Do tego dotarły do mnie informacje od Pana Listkiewicza (który był w Tajlandii obserwatorem), że Kolumbia nie przyjechała najsilniejszym składem. Podobno najsilniejsza futsalowa liga kolumbijska jest poza federacją (z którą jest w konflikcie) i najlepsi zawodnicy ligowi na MŚ nie grali. Aż strach pomyśleć, jaką siłę będą mieli „Los Cafeteros” w 2016 roku, gdy będą gościć najlepsze ekipy globu.
Po której reprezentacji spodziewał się Pan czegoś więcej? Która z nich była zaskoczeniem w negatywnym znaczeniu tego słowa?
Trzeba przyznać, że faza grupowa przebiegła bez sensacji – w sensie zespołów, które awansowały do play-off. Od 1/8 finału właśnie wspomniana Kolumbia dość nieoczekiwanie ograła silny Iran i jeszcze silniejszą Ukrainę – i to ten drugi mecz był w mojej opinii największą sensacją tych mistrzostw. Tak więc najbardziej negatywnie oceniam naszych wschodnich sąsiadów.
Czy obecnie ktoś jest w stanie pokonać „Canarinhos”?
Sądzę, że na dziesięć meczów przeciwko Hiszpanii „Canarinhos” z pewnością wszystkich by nie wygrali. Tak więc na pewno podopieczni Venancio Lopeza są w stanie Brazylię pokonać. Pamiętajmy również, jak blisko byli tego w 1/4 finału Argentyńczycy…
Jak oceni Pan niemal trzytygodniowy bój o Tajlandię?
Wspaniały czas spędzony z futsalem na najwyższym poziomie. Z wielką przyjemnością oglądało się większość spotkań. A finał swoim scenariuszem przebił wszystkie hollywoodzkie hity filmowe. W tym turnieju było wszystko, czego od futsalu wymagam: innowacyjne rozwiązania taktyczne, emocje do końca (np. właśnie finał), zawodnicy z kosmiczną techniką, show (gdy pozwalał na to wynik), geniusze (Neto, Ricardinho, Cardinal), no i legenda, która na swoich (chyba) ostatnich MŚ dokonała po raz kolejny niemożliwego. Wiadomo, że chodzi o Falcao – jego łez wzruszenia po meczu z Argentyną nie zapomnę chyba nigdy.
Zajmijmy się teraz reprezentacją Polski. Kiedy zobaczymy „Biało-czerwonych” na prestiżowym turnieju? W czym tkwi największy problem?
Z całych sił i z całego serca trzymam kciuki za awans na mistrzostw świata 2016, jednak za bardzo w to nie wierzę. I w żadnym wypadku nie odbieram naszym zawodnikom umiejętności, zaangażowania czy charyzmy. Oni po prostu nie mają w Polsce warunków do rozwoju. Nie do pomyślenia jest, aby reprezentant Polski musiał dodatkowo pracować (np. w straży pożarnej) lub trenować tylko trzy razy w tygodniu. W czołowych europejskich ligach trenuje się nawet i dwa razy dziennie, a za wynagrodzenie można utrzymać komfortowo całą rodzinę…










