Coraz bardziej mamy dość kolejnych niepowodzeń w Polsce. Te najbardziej bolesne związane są z reprezentacją, która awansuje do wielkich imprez piłkarskich, a potem zawodzi, lub z kretesem przegrywa eliminacje do nich. W takich miejscach, gdzie jest parcie na sukces, często zatrudnia się trenerów mających wielkie nazwisko, jak Leo Beenhakker. Niestety, warto, żeby za wielkim nazwiskiem dodatkowo szły także sukcesy.
W 2006 roku polska opinia publiczna oszalała z radości. Z funkcji selekcjonera naszej kadry zwolniony został Paweł Janas, choć tak naprawdę mógł ją dalej piastować. Ówczesny prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej chciał pozostawić „Janosika”. Jednak kontrowersyjne powołania na mundial oraz kiepska w nim postawa spowodowały olbrzymie naciski mediów, którym musiał się ugiąć. Z jeszcze większym zadowoleniem fani nad Wisłą powitali jego następcę – Holendra Leo Beenhakkera. Wszyscy się cieszyliśmy z tego wyboru, gdyż teraz szkoleniowcem naszych reprezentantów wreszcie został fachowiec z prawdziwego zdarzenia, mający ukończone odpowiednie szkoły i mający światowe uznanie trener. Ogromne wrażenie na dziennikarzach i sympatykach futbolu w Polsce robiło jego CV, w którym zapisane było między innymi prowadzenie Ajaksu Amsterdam, Feyenoordu Rotterdam, reprezentacji Holandii, a w końcu słynnego Realu Madryt. Jednak ci, którzy przyjrzeli się jego życiorysowi, doszliby do wniosku, że z powodu zatrudnienia Beenhakkera wcale nie należy nosić Listkiewicza na rękach.

Co więc takiego zawierało CV najbardziej nielubianego obecnie Holendra w Polsce? Wielkie i uznane firmy. Najbardziej w oczy rzucał się sam Real Madryt, gdzie „Don Leo” miał przyjemność współpracować z takimi graczami, jak Emilio Butrageno czy Hugo Sanchez. Pracując trzy lata w stolicy Hiszpanii, trzykrotnie sięgał po czempionat tego kraju. A pozostałe sukcesy? Trzy mistrzostwa i jeden Superpuchar Holandii na trenera z taką marką to chyba troszkę za mało. Równie nieciekawie Beenhakkerowi szło w zmaganiach reprezentacyjnych. O ile zawsze awansował do czempionatów, dotychczas nie wygrał w nich ani jednego meczu. Jak poszło mu w pracy z Polakami? Przez eliminacje do Euro 2008 przeszliśmy jak burza, rozgrywając między innymi dwa wręcz rewelacyjne mecze przeciwko ówczesnym wicemistrzom Starego Kontynentu – Portugalczykom.. O samym turnieju lepiej zapomnieć, bo zaprezentowaliśmy się w nim tragicznie. Zaledwie 45 minut dobrej gry przeciwko Austrii to za mało na zespół z takimi ambicjami, jak Polska. Pomimo porażki w najczystszej postaci „Don Leo” został, mając, co ciekawe, aprobatę większości fanów (szkoda, że zabrakło jej Janasowi). Co się działo potem? Jeden świetny mecz z Czechami, kompromitacja w Słowenii i zwolnienie z hukiem. Skoro eksperyment z zagranicznym trenerem ze znanym nazwiskiem się nie udał, to dlaczego by nie spróbować z polskim? Niestety, wygląda na to, że to kolejny przykład głośnego nazwiska małego trenera.












